Ostatnio nie można narzekać na brak filmów w kinie. Można by
rzec, iż ostatnio mamy ogromny urodzaj. Niestety jak to zwykle bywa w życiu
przeciętnego studenta, ciężko jest chodzić do kina prawie co tydzień, dlatego
trzeba podjąć decyzję i wybrać to, co w danym momencie wydaje nam się bardziej
atrakcyjne. Muszę przyznać, że miałam mały dylemat, czy zobaczyć Annę Kareninę czy Mistrza, na szczęście uprzejmi blogerzy wysłali w eter wiadomość,
iż Kareninie sporo brakuje do filmu bardzo dobrego, a nawet dobrego, dlatego z
czystym sumieniem wybrałam się do kina na Mistrza
P.T. Andersona. Muszę przyznać, że pierwsza myśl, która mi towarzyszyła po
wyjściu z kina to ta, że byłam świadkiem niezwykłego popisu umiejętności
aktorskich panów grających główne role. Następna myśl była już oczywista, ale o
tym później.
Tematyka filmu mimo, że akcja rozgrywa się w latach 50
ubiegłego wieku, jest bardzo współczesna, a raczej można zaryzykować
stwierdzenie, iż jest ponadczasowa. Po powrocie z wojny Freddie Quell (Joaquin
Phoenix) nie potrafi znaleźć sobie miejsca w świecie bez wojny, w życiu bez
ciągłego przebywania na statku wśród kolegów – marynarzy. Do tego mężczyzna nie
potrafi zerwać z alkoholem i co raz bardziej pogrąża się w swoim nałogu.
Profesję pędzenia napoi alkoholowych z czegokolwiek i gdziekolwiek opanowuje
dosłownie do perfekcji. Przez jakiś czas Freddiemu udaje się wieść w miarę
normalne życie pracując jako fotograf, niestety nie trwa to zbyt długo. Mężczyzna
zmienia miejsca pracy i pobytu jak rękawiczki, gdyż nigdzie nie potrafi zagrzać
miejsca. Z ostatniej pracy ucieka przeświadczony o tym, że jego bimber, wypity
w nadmiarze, zabił jednego z jego współpracowników. Tak o to Freddie trafia na
statek, na którym odpoczywa i pracuje Lancaster Dodd (Philip Seymour Hoffman),
wizjoner, założyciel nowego stowarzyszenia religijnego, człowiek, który twierdzi,
iż odkrył tajemnicę naszego istnienia. Między panami rodzi się jakaś dziwna
więź zbudowana na wzajemnej fascynacji i jakiejś dziwnej sile, która ich do
siebie przyciąga.
Napisałam wcześniej, że tematyka filmu jest ponadczasowa.
Twierdzę tak dlatego, że każdy z nas tak jak główny bohater szuka swojego
miejsca na świecie. Zanim je odnajdzie musi przebyć długą drogę, zmierzyć się z
demonami przeszłości, o których stara się zapomnieć, by potem stawić czoła
nowym wyzwaniom, jakie na jego drodze stawia los. Człowiek jest jednak tak
skonstruowany, że mimo iż czasami trudno mu się do tego przyznać potrzebuje
bliskości drugiej osoby, wsparcia, a przede wszystkim zrozumienia. I tu zaczyna
się problem, bo nie każdy ma takie szczęście by wpaść akurat na osobę, która
chce nam bezinteresownie pomóc. Najczęściej trafiamy na osobę, która naszą
chwilę słabości chce pod maską dobroci wykorzystać. Chyba tak najczęściej
działają wszelkiego rodzaje organizacje, zwane obecnie sektami. Nasz główny
bohater, człowiek z problemami, jest niezwykle zafascynowany Doddem. Widzi jak
ludzie pragną być w jego otoczeniu, jak proszą o jedno dobre słowo, jak
traktują go jak kogoś zdecydowanie od siebie lepszego. Freddie ulega temu
złudnemu czarowi i daje sobie pomóc Doddowi. Mimo, wydaje się dziwnych,
niekonwencjonalnych metod stosowanych przez mistrza Freddie próbuje się zmienić
(wychodzi mu to czasami lepiej, a czasami gorzej), ale chyba nie do końca
wierzy w głoszone przez mistrza poglądy. Bo jeśli przyjrzeć się temu bliżej, to
mistrz, jak twierdzi już na początku filmu jego syn, wszystko zmyśla na
bieżąco, a jego poglądy nie tworzą jakiejś większej, głębszej całości. Freddie
jednak nie obstaje przy mistrzu, bo powoli staje się wyznawcą głoszonych przez
niego tez, a raczej dlatego, że darzy go sympatią, swego rodzaju przyjaźnią.
Ilekroć widzimy jak ktoś z zewnątrz, ktoś kto neguje całą tę nową filozofię
życiową/religię, obraża Dodda, Freddie staje nie w obronie poglądów, nie w
obronie mistrza, a w obronie bliskiego sobie człowieka.
Film ogląda się bardzo dobrze, mimo, że sporo widzów może
stwierdzić, iż jest on przegadany. Zdjęcia są naprawdę wyjątkowe, szczególni
sceny na pustyni zapadają w pamięć. Mi również podobała się muzyka, a raczej
świetnie wpasowane w klimat filmu piosenki z lat 50. Oglądając Mistrza miałam
wrażenie, że ogląda się go etapami. Pierwszy, to ten kiedy poznajemy historię postaci
granej przez Phoenixa i nie możemy dojść do tego, co się stało z tym w miarę
przystojnym aktorem, który przecież siebie prawie wcale nie przypomina. Wrażenie
to mija bardzo szybko znowu za sprawą Phoenixa, który w pewnym momencie znika z
ekranu, a pozostaje wyniszczony przez alkohol, odpychający mężczyzna, czyli
nasz główny bohater. Kolejnym zjawiskiem było wyczekiwanie przeze mnie scen,
kiedy na ekranie pojawiał się duet Phoenix – Seymour Hoffman. Chemia (nie wiem
czy jest to trafne określenie jeżeli chodzi o duet męski na ekranie), jaka była
obecna podczas tych scen sprawiała, że nie dawało się oderwać od tych panów
oczu. Wzajemna fascynacja sobą obu postaci była wręcz elektryzująca.
![]() |
Gdzie jest Joaquin Phoenix? |
Joaquin Phoenix stworzył w tym filmie świetną aktorską
kreację. Cieszę się, że znowu można oglądać go na dużym ekranie i nie w roli
gwiazdora, który w wieku 35lat przechodzi na emeryturę i zaczyna tworzyć hip-hop.
Muszę przyznać, że w pewnym momencie dałam się nabrać na ten żart wykreowany
przez Phoenixa i Caseya Afflecka, zaś jego występ u Lettermana to jeden z najlepszych
wywiadów w historii (mimo, że wtedy przekonałam się, że coś tu nie gra). Filmu
jaki obaj panowie stworzyli nie obejrzałam i raczej nie zamierzam. Nie mam
jednak pisać o tamtych zajściach, a o roli Phoenixa w Mistrzu. Trzeba oddać aktorowi to, że w ogóle siebie w tym filmie
nie przypomina. Jego bohater, alkoholik i życiowy nieudacznik, od samego
początku wzbudza w nas niechęć i ani krzty sympatii. Phoenix jest wychudzony,
nie wiem jak to zrobił, ale jest dużo brzydszy niż jak go zapamiętałam, a mówi
tak, jakby część twarzy miał sparaliżowaną. Na ekranie nie widzimy aktora, a
postać przez niego graną. I chyba to jest największy komplement jaki można
napisać pod jego adresem.
Oczywiście nie można zapomnieć o reszcie obsady. Philip
Seymour Hoffman jak zwykle zagrał świetnie. Jako mistrz potrafił skupić na
sobie uwagę i przyciągnąć do siebie widza. Wydaje mi się jednak, że na
wyróżnienie zasługuje również Amy Adams, odtwarzająca rolę żony Lancastera
Dodda. Z jednej strony widzimy jak wspiera męża i wybacza mu wszystko, jest to
jednak perfekcyjna gra pozorów. Gdy sprawy ruchu religijnego zaczynają nie iść
poprawnym tokiem, to ona zrzuca maskę kochającej żony i pokazując swoje
wyrachowanie bierze sprawy w swoje ręce. Amy Adams znowu potwierdziła, że jest
dobrą aktorką i potrafi się odnaleźć w każdym repertuarze.
Jak już wspomniałam, pierwszą myślą jaka naszła mnie po
wyjściu z kina, to ta że zobaczyłam genialny spektakl dwóch aktorów. Druga zaś,
że kreacje obu panów zasługują na najwyższe filmowe wyróżnienia (zdobyli oni
główne nagrody na tegorocznym Festiwalu w Wenecji), a mówiąc najwyższe myślę o
Oscarach. Philip Seymour Hoffman ma już na swoim koncie jednego, zaś Joaquin
był dwukrotnie nominowany, ale ani razu nominacja nie zamieniła się w statuetkę.
Dlatego myślę, że może jury weźmie to pod uwagę i w tegorocznym wyścigu po
Oscary nareszcie doceni Phoenixa. Bo biorąc pod uwagę kryteria z ostatnich lat
to Joaquin spełnia większość z nich: schudł, zbrzydł, nie był do siebie
podobny, a jako gratis dołożył świetny występ aktorski, czego chcieć więcej?