poniedziałek, 8 grudnia 2014

The Fall BBC sezon 1, czyli agentka Scully kontra Christian Grey

Ostatnio dopadło mnie serialowe i filmowe przesycenie. Okazało się, że większość seriali i filmów jakie oglądałam było albo opartych na komiksach, albo pochodziły z gatunku sci-fi, albo też miały w swojej fabule jakiś element fantasy. Co gorsze kiedy sięgałam po listę filmów „do obejrzenia”, pierwsze miejsca zajmowały produkcje spod znaku fantasy bądź sci-fi, na które już nie mogłam patrzeć. Na szczęście z pomocą przyszło mi niezawodne w takich sytuacjach BBC i serial The Fall, który od pierwszych minut wciągnął mnie i oczarował klimatem, jeżeli w kontekście serialu o seryjnym mordercy można mówić o „oczarowaniu”.

wtorek, 2 grudnia 2014

Life with Louie, czyli zimą każdy z nas jest jak Ludwiczek

Są bajki z dzieciństwa, które na długo zostają w naszej pamięci, a przynajmniej w mojej pamięci. Świat według Ludwiczka jest jedną z tych kreskówek, które wspominam z ogromnym sentymentem i z której cytaty przypominają mi się w dość nieoczekiwanych momentach mojego życia. Jako, że ostatnio zrobiło się strasznie zimno i żeby nie przemarznąć musiałam włożyć na siebie te wszystkie warstwy ubrań, przez co moja koordynacja ruchowa uległa lekkiemu pogorszeniu, ni z tego ni z owego przypomniał mi się pewien cytat: 


„- Możesz już opuścić ręce, synku. 
- Ale ja już opuściłem!”.

Tak, gdy na dworze zaczyna się robić zimno, czuję się jak Ludwiczek. Pomyślałam więc, że zabawnie będzie przypomnieć sobie kilka moich ulubionych cytatów z tej jakże cudownie pokręconej kreskówki. Mam nadzieję, że czytanie tych cytatów poprawi Wam humor tak, jak mi szukanie ich.

wtorek, 25 listopada 2014

Miasto niebiańskiego ognia Cassandra Clare, czyli jak dobrze, że to już koniec

(źródło)
Są książki dobre, złe, przeciętne i te, które autor pisze na prośbę fanów. Kontynuacja trylogii Dary Anioła zalicza się do tej ostatniej kategorii i niestety podczas czytania jest to momentami mocno odczuwalne. Niby Cassandra Clare pisze drugą trylogię serii Dary Anioła w podobnym stylu i utrzymuje akcję w podobnej dynamice, ale jak można się domyśleć, nie jest to już to samo co przy pierwszej trylogii. Ostatni tom, czyli Miasto niebiańskiego ognia boleśnie pokazuje, że autorka nie miała zbyt wielu nowych pomysłów, główny zły drugiej trylogii stał się niestety dość śmieszny, żeby nie powiedzieć żałosny, a cała ta seria stała się jednym wielkim romansidłem, które o dziwo świetnie mi się czytało. Co sprawia, że zaczęłam się poważnie zastanawiać na jakim etapie rozwoju czytelniczego się zatrzymałam. Bo wydaje mi się, że nie jest najlepiej. Na moje usprawiedliwienie napiszę tylko tyle, że serię Dary Anioła darzę dużym sentymentem i jak większość czytelników, którzy zaczynają czytać jakieś serie, chciałam po prostu wiedzieć jak ta się skończy, to znaczy skończy po raz drugi. Jak możecie się domyśleć wolałam pierwsze zakończenie.

sobota, 22 listopada 2014

The Hunger Games: Mockingjay - Part 1, czyli i tak i nie

W ostatnich latach twórcy filmów na podstawie książkowych serii raczą widzów jakże cudownym zabiegiem dzielenia ostatniego tomu na dwie części i robienia z niego dwóch filmów. Tak przecież było z Harry’m Potter’em, ze Zmierzchem i niestety taki sam los spotkał Igrzyska Śmierci. O ile jednak Harry Potter wyszedł z tej całej sytuacji obronną ręką, to Zmierzch zaliczył ogromną wpadkę (żeby nie używać tutaj wyrażenia sięgnął dna) i zaserwował widzom film pod tytułem półgodzinny ślub + godzinna podróż poślubna. Igrzyska Śmierci dna nie sięgnęły, przynajmniej według mnie, ale zdecydowanie zrobienie z Kosogłosa dwóch filmów nie wyszło mu na zdrowie, a przynajmniej pierwszej części. Nie zrozumcie mnie źle, film mi się podobał, nawet powiedziałabym że momentami bardzo mi się podobał (i kojarząc trochę jak przez mgłę wydarzenia z książki, to właśnie pierwsza połowa książki była właśnie taka), ale nie da się ukryć, że patrząc na ten film nie można nie odnieść wrażenia, że to taki dwugodzinny zwiastun drugiej części Mockingjay. Czy to dobrze czy to źle? Szczerze mówiąc nadal nie potrafię zdecydować.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Orange is the New Black, czyli ja również jestem na tak


Orange is the New Black obejrzałam już jakiś czas temu, ale jakoś do tej pory nie miałam ochoty pisać o tym serialu. Może dlatego, że ciężko pisze się o dobrych serialach. Przy okazji tych gorszych można trochę się poznęcać nad twórcami i powytykać im jakieś niedociągnięcia, z kolei przy okazji tych dobrych nie wypada wypisywać samych zachwytów, a napisać coś w miarę na temat, nie nadużywając w kółko tych samych przymiotników, często okazuje się swoistym mission impossible. O Orange is the New Black nie miałam też chęci pisać z jednego prostego powodu. Otóż wydaje mi się, że wszystko na temat tego serialu już zostało powiedziane i napisane i nic, co dodam nie będzie ani zbyt odkrywcze, ani nie sprawi, że ktoś od razu siądzie przed telewizorem czy ekranem komputera i zacznie oglądać. Bo jeżeli do tej pory nie uwierzył Internetom i tego nie zrobił, to pewnie i tak go nie przekonam, nawet jak na wstępie napiszę, że tym razem Internety nie kłamały i Orange is the New Black świetnym serialem jest.

niedziela, 16 listopada 2014

Maleficent, czyli o Śpiącej Królewnie raz jeszcze



Czy wspominałam już ostatnio, że od dłuższego czasu moje wypady do kina kończą się nie pójściem do kina? Bo właśnie Maleficent bardzo chciałam zobaczyć na dużym ekranie i jak to zwykle bywa, skoro bardzo chciałam, to oczywiście jej nie ujrzałam w kinie. Jak to mówią, mówi się trudno, żyje się dalej i film ogląda się w domowym zaciszu na komputerze. Szczerze przyznam, że żałuję, iż jednak na film do kina nie poszłam, bo ta bajucha w reżyserii Roberta Stromberga bardzo przypadła mi do gustu. Zapewne jestem w gronie widzów naiwnych, którym wystarczy trochę ckliwa, ale dobrze rozpisana historia by ich wzruszyć i sprawić by nie dostrzegli podczas seansu zbyt wielu wad i dobrze się podczas oglądania filmu bawili. No i niech będzie, że jestem naiwna, ale w przypadku bajuch mogę być naiwna i czerpać radość z ich oglądania. A seans Maleficent przyniósł mi wiele radochy i wzruszeń i o to chyba chodziło.


wtorek, 11 listopada 2014

Interstellar, czyli Nolan i podróże kosmiczne

Jak dotąd po każdym filmie Nolana jaki widziałam, miałam ochotę od razu mówić o filmie, analizować go i natychmiast podzielić się z kimś moimi wrażeniami po seansie. W przypadku Interstellar po wyjściu z kina nie miałam ochoty wykrztusić z siebie ani słowa. Może to nie był dobry dzień na oglądanie tego filmu, może tym razem mój ulubiony reżyser nie przysporzył mi tyle fanowskiej radochy na jaką liczyłam, albo po prostu mówiąc kolokwialnie, wręcz bardzo kolokwialnie - Nolan rozwalił system, a przez to sprawił że dosłownie nie wiem co powiedzieć i napisać tutaj. Bo do napisania tej notki zbieram się od niedzieli i nadal nie jestem do końca pewna co chciałabym napisać, oprócz tego że Interstellar to niezwykłe widowisko pod każdym względem, fabularnym, wizualnym, aktorskim i muzycznym, ale mimo to, czegoś zabrakło i to coś nie daje mi spokoju.

Akcja Interstellar rozgrywa się w przyszłości, kiedy to stara, dobra Ziemia przestaje być odpowiednim miejscem dla ludzi. Klimat ulega gwałtownej zmianie i burze piaskowe są na porządku dziennym. W powietrzu jest tyle pyłu i kurzu, że coraz więcej ludzi umiera na choroby układu oddechowego, albo z głodu, gdyż w takich warunkach żadne rośliny nie chcą rosnąć. Okazuje się jednak, że dla ludzi jest jeszcze ratunek. Grupa naukowców z NASA odkrywa tunel czasoprzestrzenny, który może pozwolić ludziom na znalezienie nowej planety w innej galaktyce – nowego domu. Na misję ratowania świata wysłana zostaje czwórka astronautów.

piątek, 7 listopada 2014

Liebster Blog Award

Jest mi niezmiernie miło, że zostałam wyróżniona przez Ikalię z bloga Moje refleksje filmowo-książkowe. Bardzo dziękuję za pamięć :)


„Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za >>dobrze wykonaną robotę<<. Jest przyznawana dla blogerów o niższej liczbie obserwatorów, co daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.” 


Oto pytania, które otrzymałam od Ikalii:

1. Którego reżysera filmowego cenisz najbardziej?
2. Jaka jest Twoja ulubiona filmowa seria?
3. Jaki jest najdziwniejszy film, jaki widziałaś/eś i dlaczego?
4. Czy masz ulubione miejsce do siedzenia w kinie?
5. Czy kiedykolwiek wyszłaś/wyszedłeś z kina przed zakończeniem seansu?
6. Jaki jest Twój ulubiony aktor i aktorka?
7. Jaką książkę teraz czytasz?
8. Na którym stanowisku przy produkcji filmu widziałbyś/widziałabyś siebie?
9. Czy oglądasz skecze kabaretowe lub komików?
10. Czy grasz na jakimś instrumencie?
11. Gdzie spędziłabyś/spędziłbyś swoje wymarzone wakacje?

poniedziałek, 3 listopada 2014

Ulubieńcy tygodnia #5

Już bardzo, ale to bardzo dawno nie było żadnego wpisu z tego cyklu, więc postanowiłam, że w końcu powinnam coś zrobić z tym fantem, no i proszę jest wpis. Wadliwej jakości niestety, ale jest.


sobota, 1 listopada 2014

Batman i Batman Returns, czyli w oczekiwaniu na kolejny odcinek Gotham

Gotham stało się moim ulubionym serialem tej jesieni i wywołało ogromną potrzebę nadrobienia filmów o Batmanie, które wyszły spod ręki Tima Burtona. Bardzo lubię osobliwy styl reżysera i jego niezwykłe poczucie mrocznej estetyki z gracją ocierającej się o kicz, ale jakoś nigdy nie mogłam się zmusić do obejrzenia jego Batmanów. Nie wiem dlaczego, ale nigdy nie czułam potrzeby porównania ich z nolanowskimi Batmanami. Może dlatego, że do tej pory moim jedynym słusznym Batmanem w pakiecie z Alfredem i jedynym słusznym Gotham, było to stworzone przez Nolana. Serial stacji FOX pokazał mi, że może być wiele wizji tego komiksowego świata i wcale nie ma jednej słusznej wersji, chociaż pewnie fani komiksów znienawidzą mnie za to zdanie. Jednak, jakby na to nie patrzeć, filmy Burtona okazały się świetną rozrywką i dały mi nowy wgląd w to jak może wyglądać komiksowe Gotham i o ile przyjemniejszy w odbiorze może być Batman kiedy nie jest cały czas mroczny.

niedziela, 26 października 2014

Fury, czyli za takie filmy kocham kino

W życiu każdego blogera przychodzi taki czas, kiedy idzie do kina na film, na który od dłuższego czasu chciał iść i po seansie tego filmu wychodzi z kina z załzawionymi oczami i nie wie co może o owym filmie napisać więcej niż to, że właśnie za takie filmy kocha kino. Na Furię chciałam iść od momentu obejrzenia pierwszego zwiastuna. Lubię filmy wojenne i zawsze mocno je przeżywam. Szczerze mówiąc nie wiem do końca dlaczego, ale odkąd sięgam pamięcią filmy o ludziach walczących o swój kraj, nieważne czy to w I czy w II wojnie światowej, czy innej wojnie, zawsze sprawiały, że siedziałam przed ekranem telewizora jak zahipnotyzowana. Podczas seansu Furii nie było inaczej. Cały czas z zapartym tchem przeżywałam losy bohaterów, czasami bojąc się że osoba siedząca obok w kinie pomyśli, że siedzi obok wariatki. Od razu sprostuję, nie krzyczę w kinie, w ogóle nic nie mówię, ale czasami nie kontroluję mimiki twarzy, a nieoczekiwane dźwięki typu wystrzały czy wybuchy potrafią sprawić, że podskoczę w fotelu. Gdyby jednak filmowych wrażeń było mało, to kiedy film się skończył, zapalono przyciemnione światła, a ekran na dłuższą chwilę zrobił się czarny, to na sali kinowej zapanowała grobowa cisza. Nikt nie zaczął wymieniać żadnych uwag, nikt się nie odzywał, tylko wszyscy w ciszy zaczęli się ubierać i powoli wychodzić, kiedy na ekranie zaczęto wyświetlać napisy końcowe. Dawno nie spotkałam się z taką reakcją widzów, jak po seansie Furii.

czwartek, 23 października 2014

Co tam słychać w serialowym świecie?, czyli kilka słów o serialach z którymi jestem w miarę na bieżąco


Kiedy usiadłam do pisania tego wpisu i wypisałam sobie skrzętnie seriale, które oglądam w miarę na bieżąco, to szczerze mówiąc byłam w lekkim szoku. Zawsze uważałam że jestem dzieckiem telewizji, a potem na studiach dzieckiem amerykańskich seriali (i kilku brytyjskich) i nigdy bym nie pomyślała, że liczba seriali jakie oglądam w tygodniu będzie tak mała. Wiele seriali porzuciłam z różnych powodów i nie mam ochoty do nich wracać, ale tego że oglądam raptem 7 seriali na bieżąco, to tego się po sobie nie spodziewałam. Z drugiej strony to chyba dobrze, bo oznacza to że w końcu zaczęłam robić coś innego ze swoim życiem i z większą uwagą dokonuję selekcji programów, które oglądam. Chciałabym tak powiedzieć, ale byłaby to wielka najprawdziwsza nieprawda. Wystarczy tylko spojrzeć jaką serialową papką karmię mój mózg...

Oczywiście dalej roi się od spojlerów...

niedziela, 19 października 2014

Gotham, czyli Pingwin kradnie show


Gotham jest moją największą niespodzianką tego sezonu serialowego. Zupełnie zignorowałam cały ten szum internetowy wokół serialu po pierwszym zwiastunie, również nic sobie nie robiłam z różnych mocno pozytywnych opinii po pierwszym odcinku. Po prostu nie miałam ochoty oglądać tego serialu, bo to trochę nie moja bajka. To znaczy nigdy nie byłam fanką komiksów, a z bohaterami takimi jak Batman czy Spider-man miałam jedynie do czynienia dzięki kreskówkom, a potem filmom. Zresztą Batmana widziałam jedynie w wydaniu Nolana, ale to tylko dlatego że uwielbiam pracę tego reżysera, a nie Batmana jako bohatera komiksów DC. Coś jednak sprawiło, że włączyłam pilota tego serialu i po tych czterdziestu paru minutach kupiłam całość i obdarzyłam Gotham fanowską miłością bezwarunkową. Bo szczerze mówiąc wszystko w tym serialu mi się podoba, a jak w tytule wpisu wspomniałam najbardziej podoba mi się postać Pingwina.

wtorek, 7 października 2014

Forever, czyli zlepek znanych schematów, któremu nie brakuje oryginalności

Ostatnio zupełnie nie miałam czasu na blogowanie i nie będę się tu usprawiedliwiać co, dlaczego i po co. Obiecywanie poprawy chyba też nie ma sensu. Może więc od razu przejdę do tematu dzisiejszego wpisu, a mianowicie pewnego serialu stacji ABC. Bo przecież jak człowiek nie ma na nic czasu, to znaczy że ma czas na obejrzenie chociaż jednego odcinka serialu dziennie. Jak można się domyśleć nie jestem wyjątkiem od tej reguły. Przyszła jesień i wróciły z nowymi sezonami stare seriale oraz do ramówki trafiły też nowe pozycje, więc w niedługim czasie zapewne naskrobię kilka słów o serialach, które obecnie oglądam. Dziś jednak będzie o serialu, który jest dość wtórny i garściami czerpie z innych seriali, ale jest przy tym tak uroczy i wciągający, że jeżeli stacja ABC mi go skasuje to będzie mi bardzo, ale to bardzo przykro.

Forever, bo o tym serialu jest mowa, opowiada historię dr Henrego Morgana, który pracuje w kostnicy i pomaga nowojorskiej policji w rozwiązywaniu zagadek morderstw. Morgan nie jest jednak zwykłym koronerem. To niezwykle inteligentny mężczyzna, który ma na karku ponad 200 lat i chce w końcu rozwiązać zagadkę, która trapi go przez prawie całe jego życie, czyli jak przestać być nieśmiertelnym.

czwartek, 25 września 2014

The Hustler (Bilardzista), czyli o człowieku zagubionym

Wyrażenie „rozczarować się” ma raczej wydźwięk negatywny. Dla mnie jednak istnieją dwa znaczenia tego wyrażenia w odniesieniu do filmów. Mianowicie można się rozczarować negatywnie, czyli mieliśmy ogromne oczekiwania co do filmu, a on okazał się klapą i jest nam bardzo przykro, albo można się rozczarować pozytywnie, czyli nastawiliśmy się na obejrzenie dobrego filmu, ale w rezultacie obejrzeliśmy zupełnie inny film niż oczekiwaliśmy się obejrzeć, co jednak nie wpływa na jego jakość, a nawet czyni go lepszym. Dla mnie The Hustler jest takim pozytywnym rozczarowaniem. Spodziewałam się obejrzeć coś w stylu dramatu sportowego (zawody w bilard, ogromne napięcie itd.), a dostałam przejmujący dramat o ludziach zagubionych , niepotrafiących odnaleźć swojej drogi w życiu, w którym to dramacie sport odgrywał jedynie rolę drugoplanową.

The Hustler opowiada historię bilardzisty i oszusta w jednej osobie, który zyskał sobie sławę jako „Fast” Eddie Felson. Mężczyzna jest niezwykle utalentowany, ale na wygrywanie ogromnych sum pieniędzy w obstawianych meczach nie pozwala mu jego zuchwały charakter i ryzykanctwo. Te negatywne cechy dają o sobie znać w bardzo nieodpowiednich momentach, takich jak pojedynek z legendą obstawianych meczów bilarda Minnesotą Fats. Panowie rozgrywają pojedynek życia trwający bagatela 25 godzin, a zwycięzca może być tylko jeden. W tym bilardowym maratonie Eddie traci nie tylko pieniądze, ale i sens życia, przez co powoli zaczyna dotykać dna. Pocieszenia próbuje szukać w ramionach Sarah, która wydaje się być w życiu równie zagubiona jak Eddie.

wtorek, 23 września 2014

Political animals, czyli o polityce w przyjemny sposób

źródło
Nie jestem fanką dramatów politycznych. Nigdy nie rozumiałam polityki, a co za tym idzie nigdy jej nie lubiłam. Jedni nie lubią matematyki, a ja nie cierpię polityki. Swego czasu skusiłam się jednak na obejrzenie House of Cards i jak pierwszy sezon mnie zachwycił, to drugi mnie zamęczył i przerwałam oglądanie w połowie sezonu. Po Political animals sięgnęłam więc z małą niechęcią, dużą dozą niepewności i przekonaniem że zakończę oglądanie tego mini-serialu na jednym odcinku. Bardzo szybko jednak okazało się, że Political animals to świetny serial dramatyczny, w którym polityka odgrywa rolę drugoplanową.

sobota, 20 września 2014

Wicked, Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu Gregory Maguire, czyli powrót do krainy Oz

Kiedy idę do supermarketu nie potrafię przejść obojętnie obok działu z książkami i filmami, z jednego prostego powodu. Mianowicie nigdy nie wiesz co czai się w koszu z tanimi książkami w miejscu zwanym supermarketem. Takie kosze skrywają często niesamowite skarby. Jednym z owych skarbów w moim przypadku było wygrzebanie książki Wicked, Życie i Czasy Złej Czarownicy z Zachodu. Jeżeli jednak myślicie, że polowałam na tę książkę od długiego czasu, to jesteście w dużym błędzie. Otóż od długiego czasu chcę obejrzeć musical Wicked, a że jest on podobno luźno oparty na powieści Maguire, to przy okazji chciałam przeczytać i książkę. Na razie udało mi się zrobić to drugie. Teraz pozostaje mi zapoznać się z musicalem.

Jak tytuł wskazuje, książka Maguire opowiada historię Złej Czarownicy z Zachodu. Autor serwuje czytelnikom wgląd w życie Elfaby od jej narodzin (a w praktyce od jej poczęcia), aż do jej śmierci. Okazuje się, że Fabala była córką pastora i bogato urodzonej Meleny, która porzuciła swe dostatnie życie dla duchownego, którego tak naprawdę nigdy nie kochała. Matka Fabali by urozmaicić sobie dni wypełnione samotnością, gdy mąż szedł w krainę Oz nawracać niewiernych, sięgała po alkohol i substancje o działaniu odurzającym, po których jej rozwiązłość dawała o sobie znać. Melena więc nie była do końca pewna kto był ojcem jej dziecka i dlaczego dziewczynka ma zieloną skórę oraz zęby ostre jak brzytwy. Uważała córkę za karę od Nienazwanego Boga, z którą nie mogła się pogodzić. Elfaba wyrosła na niezbyt ładną, ale za to inteligentną kobietę, która pojechała do Sziz zdobywać swoją edukację i rozpocząć życie bez obowiązku opieki nad niepełnosprawną siostrą i bez słuchania kazań ojca. W Sziz Fabala zaczęła żyć...

piątek, 19 września 2014

10 książek, które miały na mnie wpływ

żródło

Zostałam nominowana przez Suzarro do pewnego wyzwania i postanowiłam, że wezmę w nim udział. W wyzwaniu chodzi o to by wymienić 10 książek, które miały na nas wpływ. Jeżeli spodziewacie się w moim zestawieniu książek ambitnych albo literatury wysokich lotów, to możecie się mocno zawieść. Jeżeli też myślicie, że jedną z książek która miała na mnie wpływ jest Ania z Zielonego Wzgórza, to mocno się mylicie. Jestem chyba jedną z niewielu osób, które nie lubią tej książki i jedyny wpływ jaki miała na mnie ta lektura, to niechęć do sięgnięcia po jakąkolwiek inną książkę przez kolejne kilka miesięcy. Tak wiem, mam okropny gust i jak widać nie tyczy się to tylko i jedynie filmów. Ale mówi się trudno i żyje się dalej.


poniedziałek, 15 września 2014

Captain America: The Winter Soldier, czyli jestem pod wrażeniem

Nie wiem czy powinno się zaczynać wpis od takich stwierdzeń, ale zacznę, bo kto mi zabroni. Nie przepadam za Kapitanem Ameryką. Nic nie mam do tego superbohatera, ale Chris Evans w wersji blond nie przekonał mnie do siebie ani podczas seansu Avengersów ani podczas seansu Kapitana Ameryki: Pierwsze Starcie. Po prostu Kapitan był nudny i taki dobry i prawy, a jego jedyną wadą było nie nadążanie za współczesnymi czasami. Stąd nie miałam zbyt wielkich oczekiwań kiedy siadłam przed ekranem komputera by obejrzeć Kapitana Amerykę 2. Jakie było moje zdziwienie gdy film się skończył, a ja ani razu przez ponad dwie godziny nie spojrzałam na zegarek, ani nie sprawdziłam ile czasu zostało do końca filmu.

Muszę przyznać, że jak na tego typu film fabuła była trochę zwiła. Spodziewałam się historii prostej jak drut, a tutaj scenarzyści uraczyli widzów dość skomplikowanym ciągiem rozumowym (albo mój mózg w pewnym momencie stwierdził, że nie chce mu się słuchać czyjegoś patetycznego monologu o władzy i uciekły mi jakieś związki przyczynowo-skutkowe). Tak więc HYDRA urosła w siłę w szeregach SHIELD. Nikt nie jest bezpieczny, a Kapitan nie ma zielonego pojęcia komu może zaufać. Steve postanawia zjednoczyć siły z Natashą i razem z nią i Samem/Falconem stawić czoła HYDRZE i pewnemu sowieckiemu agentowi zwanemu Zimowym Żołnierzem.

wtorek, 9 września 2014

Lana Banana i zielone ludki, czyli American Horror Story Asylum

Po pierwszych czterech, a może pięciu odcinkach American Horror Story Asylum nie byłam przekonana czy ten sezon jest dla mnie. Nie lubię horrorów, a szczególnie tych, które mocno zahaczają o tematy religijne. Kiedy więc zaczęłam oglądać drugi sezon American Horror Story nie byłam zbyt przekonana czy dam radę dobrnąć do końca. Jednak ciekawość rozwoju niektórych wątków zwyciężyła i bardzo się z tego cieszę, gdyż druga część sezonu jest zdecydowanie lepsza. Przede wszystkim dlatego, że już trochę wiadomo o co w tej historii chodzi, a i scenarzyści zrezygnowali z aż tak dużej ilości makabry i scen, które momentami były niesmaczne albo budziły zażenowanie. 

środa, 3 września 2014

North by Northwest, czyli nadrabiam klasyki #6

Na wstępie powinnam napisać, że nigdy nie widziałam żadnego filmu mistrza suspensu. Tak wiem, wstyd i hańba. Dlatego szczerze mówiąc zupełnie nie wiedziałam czego mam się spodziewać po jego filmie Północ północny-zachód, szczególnie że nawet nie pokwapiłam się żeby przeczytać o czym jest ten film. Może to głupie, ale przez to spodziewałam się jakiegoś horroru, albo chociaż namiastki czegoś strasznego. Jakie więc było moje zdziwienie kiedy okazało się, że Północ północny-zachód to genialny thriller, od którego nie mogłam się oderwać. Zaś po ostatniej scenie nie mogłam przestać się głupio uśmiechać, bo to zakończenie jest po prostu idealne dla tego filmu.

Pisałam, że przed seansem nie miałam zielonego pojęcia o czym jest ten film. Zresztą gdyby chciało się precyzyjnie napisać o czym dokładnie jest Północ północny-zachód to trzeba by było zdradzić któryś z plot twistów i zepsuć osobie, równie nieuświadomionej i zacofanej jak ja, seans. Ale żeby mieć chociaż zarys tego, czego można się spodziewać po tym filmie Hitchcocka, to wystarczy wiedzieć tyle, że jest sobie pracownik agencji reklamowej, który zostaje wzięty za agenta rządowego przez grupę szpiegów. Teraz ów pracownik musi uciekać by ocalić swoje życie.

piątek, 29 sierpnia 2014

The Giver, czyli nie było aż tak źle

Na wstępie przyznaję się bez bicia – książki Loisa Lowry nie czytałam. Do kina poszłam jedynie znając zwiastun, który nawet mi się spodobał i szczerze mówiąc nie oczekiwałam żadnych fajerwerków. Spodziewałam się w miarę sprawnie nakręconego filmu, który dobrze się ogląda. I jeżeli mam być szczera to taki film dostałam. Oczywiście film ma wady i z tego co powiedziały mi Internety film ma z książką niewiele wspólnego. Ale nie czuję, że zmarnowałam pieniądze i czas na wyjście do kina na ten film, bo jakby nie było, to film porusza dość ciekawe kwestie, szkoda tylko że robi to w sposób dość nieudolny.

Film można zaliczyć do ostatnio dość popularnych utworów antyutopijnych. Mamy więc dość niewielką społeczność zamieszkującą ograniczony stromymi zboczami obszar, która żyje w dostatku i pokoju, gdyż ludzie zostali pozbawieni wszelkich emocji. Za ten brak emocji, a raczej ich mocne stłumienie, odpowiedzialna jest codzienna dawka leków, które każdy obywatel musi przyjmować. Pieczę nad społecznością sprawuje dowódca starszyzny, zaś w kryzysowych sytuacjach pomocą służy mu Dawca pamięci, jedyna osoba która posiada wspomnienia ze wszystkich czasów istnienia świata. Przychodzi jednak czas, kiedy Dawca pamięci musi przekazać swą wiedzę następcy, którym zostaje Jonas, chłopak wybrany przez starszyznę.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Wojna i Pokój (1956), czyli gdzie się podział scenariusz?

Do obejrzenia tego filmu zbierałam się już od dłuższego czasu. Perspektywa spędzenia przed telewizorem 200 minut, jednak skutecznie mnie do tej pory odstraszała. Kiedy jednak mój komputer dosięgnął mały kryzys i musiałam się z nim rozstać na kilka dni, postanowiłam że DVD z Wojną i Pokojem w końcu trafi do odtwarzacza. Oczywiście nie obyło się bez przerwy w połowie seansu, ale udało mi się dotrwać do końca tego filmu. Niestety zupełnie nie wiem co o tym filmie sądzić. Z jednej strony bardzo mi się podobał, a z drugiej momentami był męczący i nudny.

Jeżeli ktoś się jeszcze nie domyślił, to film Kinga Vidora jest ekranizacją powieści Lwa Tołstoja Wojna i Pokój. Nigdy nie czytałam powieści Tołstoja więc nie mogę pisać o zgodności filmu z książką. Mimo to mogę napisać, iż me źródło donosi, że film ma z książką niewiele wspólnego jeżeli chodzi o wątek romantyczny. Źródło książkę czytało dawno temu i ręki nie da sobie uciąć, ale twierdzi iż cytuję „to było zupełnie inaczej”. Kilka lat temu widziałam wersję telewizyjną Wojny i Pokoju z 2007 roku, ale szczerze mówiąc mało z niej pamiętam, więc też nie mogę porównać tych dwóch wersji. Zresztą produkcja telewizyjna trwa bodajże dwa razy dłużej, więc duże prawdopodobieństwo że jest zgodna z literackim pierwowzorem. Ja zaś po obejrzeniu filmu wyciągnęłam jeden możliwy wniosek – muszę przeczytać powieść Tołstoja i skonfrontować potem z nią film. Ale że powieść jest obszerna, to niczym to nastąpi, to upłynie trochę wody w Wiśle, a może nawet sporo.

sobota, 23 sierpnia 2014

Love Never Dies, czyli miłość nie umiera nigdy, ale sens tej opowieści niestety tak

Rusty Angel niedawno napisała o Love Never Dies, musicalu którego nie miałam ochoty oglądać z dwóch powodów. Po pierwsze słyszałam, że dzieją się w nim cuda niewidy, a historia jest tak niewiarygodna, że aż śmieszna. Po drugie o Love Never Dies usłyszałam wtedy kiedy miałam moją małą obsesję na punkcie Ramina Karimloo (na półce stoi rocznicowe wydanie DVD Upiora w Operze i płyta CD, jak szaleć to szaleć ;) ) i nie mogłam przeżyć tego, że wydanie DVD Love Never Dies jest z obsadą australijską a nie londyńską. Dlatego moja znajomość kontynuacji Upiora w Operze ograniczyła się do trzech piosenek, oczywiście w wykonaniu obsady londyńskiej. Jednak po wpisie RustyAngel postanowiłam obejrzeć Love Never Dies i jakkolwiek głupi nie był ten musical, to piosenki są genialne i warte uwagi, nawet w wykonaniu obsady z Australii.

czwartek, 21 sierpnia 2014

The Sting (Żądło), czyli nadrabiam klasyki #5

Z nadrabianiem klasyków kina są dwa problemy. Po pierwsze ich lista jest dość długa i zupełnie nie wiadomo, który film obejrzeć. Po drugie nie da się ich wszystkich obejrzeć jednocześnie, więc jednak trzeba coś wybrać. Tym razem z pomocą przyszła mi moja kochana rodzicielka, która widząc moje niezdecydowanie i objawy mojego powolnego załamania, postanowiła mi pomóc w wyborze. Stwierdziła, że skoro uwielbiam Ocean's Eleven i obejrzałam Vabank to powinno mi się spodobać i Żądło. Propozycji spędzenia wieczoru z młodym Robertem Redfordem i Paulem Newmanem się nie odrzuca, więc miałam okazję obejrzeć film Georga Roya Hilla w doborowym towarzystwie. Film zaś okazał się strzałem w dziesiątkę.

Akcja Żądła rozgrywa się w latach 30. ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych. Dwóch oszustów chce się zemścić na gangsterze za zabójstwo ich przyjaciela. Mężczyźni nie planują jednak żadnego rozlewu krwi. Zemsty dokonają w sposób najlepiej im znany, czyli próbując oszukać owego gangstera na dużą sumę pieniędzy.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Boję się, ale się nie boję, czyli American Horror Story (sezon 1)

Chyba już parę razy pojawiło się na blogu stwierdzenie, że nie lubię się bać. Chociaż to nie byłoby problemem, gdyby nie moja niezwykle bujna wyobraźnia, która po obejrzeniu horrorów potrafi podsuwać mi niezmożone ilości różnych obrazów, bądź też odtwarzać te bardziej straszne sceny. Ogólnie efekt jest taki, że gdy idę spać, to mojej wyobraźni włącza się piąty bieg, a mi się wydaje że w moim pokoju odgrywają się wszystkie najstraszniejsze scenariusze. Jeżeli zaś w grę wchodzą jakieś egzorcyzmy lub w filmie występowały wątki diabła bądź duchów, szczególnie tych, o których krążą miejskie legendy, to o śnie mogę zapomnieć, bo przy każdym szeleście albo najcichszym dźwięku palpitacja serca murowana. Tak więc jeżeli jeszcze nigdy nie spotkaliście chojraka, to teraz macie okazję czytać jego radosną twórczość. Dlaczego więc obejrzałam pierwszy sezon American Horror Story? Otóż z ciekawości włączyłam pierwszy odcinek, a potem z ogromnej ciekawości obejrzałam resztę. Szczerze mówiąc dawno nie widziałam, aż tak dobrego serialu. Dlatego już po pierwszym odcinku doszłam do wniosku, że moje tchórzostwo nie przeszkodzi mi w obejrzeniu American Horror Story.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

The Godfather III, czyli o rodzinie Corleone po raz ostatni

Moja przygoda z rodziną Corleone dotarła do półmetku. Udało mi się obejrzeć wszystkie filmy, teraz pozostała przede mną już tylko książka Mario Puzo. Trzeci film dzieli z poprzednimi częściami ponad piętnastoletnia przerwa. Można się więc domyśleć, że i akcja Ojca Chrzestnego III toczy się długo po wydarzeniach z części drugiej. Czy to dobrze? Szczerze mówiąc nie jestem pewna, gdyż według mnie ta trzecia część trochę odstaje poziomem od poprzednich. Nie znaczy to jednak, że Coppola nakręcił zły film. Ojciec Chrzestny III to bardzo dobry film, który stara się nawiązać do tradycji, ale jednak coś nie do końca gra i to już nie jest aż tak bardzo dobry film.

W Ojcu Chrzestnym III Michael Corleone jest już człowiekiem zmęczonym życiem. Jego dzieci dorosły, on doprowadził do zalegalizowania prawie wszystkich swoich interesów i otrzymał nawet order od papieża za działalność charytatywną. Mimo że Michael stara się zerwać z mafijną działalnością, to ona nadal potrafi go dopaść, a niektóre rodziny ciągle zwracają się do niego z prośbą o wyświadczenie przysługi bądź też z prośbą o rozsądzenie jakiegoś sporu. Ojciec chrzestny jest jednak tym wszystkim zmęczony, szczególnie tym, że ktoś ciągle czyha na jego życie. Postanawia więc wziąć pod swoje skrzydła bękarta swojego brata i przekazać mu całą swą wiedzę, a w niedalekiej przyszłości i władzę.

sobota, 16 sierpnia 2014

Cyrk nocy Erin Morgenstern, czyli wcale nie tak magicznie

(źródło)
Od dłuższego czasu chciałam przeczytać książkę Erin Morgenstern. Skusiła mnie przede wszystkim okładka i bardzo ładne wydanie, ale ciekawość wzbudzał także dość enigmatyczny opis. Patrząc w księgarni na książki, po prostu ciężko było przejść koło tej pozycji obojętnie. Kiedy więc wygrzebałam Cyrk nocy w koszu z tanimi książkami, postanowiłam w końcu się skusić i zapoznać z historią, która od dłuższego czasu mnie intrygowała. Magia, iluzjoniści, tajemniczy cyrk, co mogłoby pójść nie tak? A jednak coś nie zagrało i niestety magiczna historia bardzo szybko traci swoją magię, ale po kolei.

Jak łatwo się domyśleć Cyrk nocy opowiada historię pewnego cyrku. Nigdy nie wiadomo gdzie pojawi się cyrk, ani kiedy. Nie jest to też typowy cyrk. Tworzy go kilkanaście namiotów, a w każdym chowa się inna atrakcja. Można zobaczyć akrobatów, wejść do gabinetu luster, zobaczyć pokaz iluzjonistki albo treserów dzikich zwierząt, można też odwiedzić wróżkę, by poznać swoją przyszłość. Wszystkie namioty są w biało czarne paski, a artyści ubrani są w stroje barwy czarnej, bądź białej, bądź obu. Aby utrzymać jeszcze większy nastrój tajemnicy cyrk otwierany jest dopiero po zmroku. Niewielu jednak wie, że w tym miejscu przeróżnych cudowności toczy się niecodzienny pojedynek dwójki magików, który może zakończyć się jedynie gdy jedno z rywali umrze.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Into the storm, czyli Richard Armitage i scyzoryk

Nie jestem ogromną fanką filmów katastroficznych. Nigdy nie byłam na żadnym w kinie, a te kilka które obejrzałam to tylko i jedynie dzieło przypadku. Jednak kiedy przed seansem Guardians of the Galaxy puszczano zwiastuny, moja przyjaciółka, która lubi patrzeć na efekty specjalne w tego typu filmach, stwierdziła że trzeba zobaczyć ten film. Zarażona jej entuzjazmem przytaknęłam, a potem zaczęłam się zastanawiać co ja najlepszego zrobiłam. Na szczęście moje najczarniejsze scenariusze się nie sprawdziły i sama się dziwię, że to napiszę, ale Into the storm to całkiem niezły film, a nawet dobry, mimo że efektów specjalnych było w nim stosunkowo niewiele.

Fabuła jest dość prosta. Grupa łowców burz przyjeżdża do miasta akurat w dzień zakończenia roku szkolnego. W wiadomościach aż huczy od tego, że w rejonie pojawiają się tornada i inne niecodzienne zjawiska pogodowe. Mimo to dyrekcja szkoły postanawia urządzić zakończenie roku na dworze, czemu przeciwny jest wicedyrektor. Ów wicedyrektor ma dwóch synów uczęszczających do wspomnianego liceum. Jeden z synów, ten starszy, opuszcza dzień zakończenia roku, by pomóc dziewczynie w jej projekcie, nakręceniu filmu o jakieś starej, dawno zamkniętej fabryce. Skoro scenarzyści rozrzucili po całym mieście głównych bohaterów, mogą teraz wprowadzać na ekrany gościa specjalnego – tornado.

wtorek, 12 sierpnia 2014

The Godfather II, czyli nadrabiam klasyki #4


Są dwie rzeczy, które można zrobić po obejrzeniu Ojca Chrzestnego: można sięgnąć po książkę, albo jeżeli nie ma takowej w pobliżu, to można włączyć Ojca Chrzestnego II. Ja akurat wybrałam wariant drugi, ale opcja pierwsza na pewno również w niedługim czasie wejdzie w życie.

Ojciec Chrzestny II opowiada dalsze losy rodziny Corleone. Teraz już Don Michael sprawuje władzę nad mafijną działalnością swojego ojca. Jest to nie w smak jego żonie Kay, której obiecał że zaprzestanie z nielegalną działalnością i będzie prowadził jedynie te interesy, które są legalne. Kobieta boi się również o swoje dzieci, które chcąc nie chcąc biorą w tym wszystkim udział i są łatwym celem do zemsty ze strony innych mafii. Wydarzenia teraźniejsze przeplatają się w filmie z wydarzeniami z przeszłości, które opowiadają o losach Vita Corleone, od jego dzieciństwa, przez podróż do Stanów Zjednoczonych (do Nowego Jorku), oraz o tym jak Vito stał się Ojcem Chrzestnym.

sobota, 9 sierpnia 2014

The Godfather, czyli nadrabiam klasyki #3

Wiem, że większość z Was zapyta teraz ze zdziwieniem „Gdzieś ty się dziewczyno chowała, że nie widziałaś TEGO filmu?”. Otóż nigdzie się nie chowałam, po prostu nigdy nie miałam jakoś okazji obejrzeć tego filmu. Wiem, wstyd i hańba, ale cóż począć. Nadszedł jednak ten czas w moim życiu, w którym uznałam, że w końcu należy załatać tę lukę w moim filmowym życiorysie i obejrzeć dzieło Francisa Forda Coppoli. Słowo dzieło chyba ani razu nie pojawiło się na moim blogu, teraz jednak uważam, że wobec tego filmu nareszcie mogę je użyć, bo Ojciec Chrzestny to film który zasługuje na największe laury. Nawet po ponad 40 latach od swojej premiery nadal zachwyca, niesamowicie wciąga i nie pozostawia widzowi wyboru, jak tylko kibicować bohaterom, którzy jakby to ująć, aniołkami niestety nie są.

Fabuła filmu oparta jest na książce Mario Puzo pod tym samym tytułem. Akcja rozpoczyna się od wesela córki Don Vita Corleone, gdzie zjeżdżają wszyscy „przyjaciele” Ojca Chrzestnego, a także jego ukochany syn Michael, który wraca z wojny. Podstarzały szef mafii chce przekazać rządy swemu synowi, ten jest jednak przeciwny działalności ojca i chce trzymać się z daleka od mafijnych interesów.

piątek, 8 sierpnia 2014

Inferno, czyli Robert Langdon kolejny raz ratuje świat



Jest wielu zwolenników prozy Browna, jest też wielu jej przeciwników, ja pozostaję jednak neutralna. Lubię jego książki, ale nie dałabym się za nie pokroić i zapewne na pytanie „Jaki jest twój ulubiony autor?” nie odpowiem Dan Brown. Dla mnie to naprawdę ciekawie napisane powieści, które mogą umilić kilka wieczorów, ale nic więcej. Z jednego prostego powodu. Są to książki pisane ciągle na jedno kopyto. Wydaje mi się również, że i napięcie jak i akcja rozkładają się w każdej z jego książek bardzo podobnie, a bohaterowie są dosłownie kopiowani, tak jakby autorowi nie chciało się tworzyć nowych postaci, więc tylko zmienia ich imiona i wygląd i wspaniałomyślnie obdarza je charakterem jakiejś postaci z poprzedniej książki. Skoro już na wstępie narzekam, to pewnie zastanawiacie się po co ja te książki czytam? Z prostego powodu. To są bardzo wciągające książki i dobrze się je czyta. Inferno nie odbiega od tej reguły.

środa, 6 sierpnia 2014

Dance Moms, czyli Taniec - marzenie mojej matki

Nie należę do osób, które namiętnie oglądają reality shows czy serie typu reality television. Zazwyczaj zobaczę z czystej ciekawości co to i kończę na jednym odcinku, albo nawet nie daję rady obejrzeć nawet jednego odcinka. Oglądając tego typu programy, mam wrażenie że bije z nich na kilometr sztuczność, a głupota i egoizm ludzi w nich ukazywany jest dla mnie nie do zniesienia. Och i zapomniałabym o tych jakże poważnych problemach, którym muszą stawić czoła Ci znani ludzie. Bo przecież takie programy kręci się o „znanych” ludziach, bo ich życie jest takie strasznie interesujące. Z tych paru zdań można wywnioskować jak ogromną miłością pałam do tego typu potworków. Dlaczego więc zaczęłam oglądać Dance Moms i obejrzałam cały pierwszy sezon? Bo po pierwsze bardzo spodobał mi się teledysk do piosenki Sii Chandelier, po drugie byłam pod ogromnym wrażeniem młodziutkiej tancerki wykonującej ciekawą choreografię w owym teledysku, a po trzecie ta właśnie dziewczynka jest jedną z bohaterek Dance Moms, a ja liczyłam że oglądając show będę mogła zobaczyć jeszcze inne choreografie w wykonaniu tej młodej tancerki. Oczywiście dostałam moje choreografie, mogłam podziwiać inne niesamowicie utalentowane, zdolne tancerki, ale tego co zajmuje większość czasu odcinka nie spodziewałam się dostać...

piątek, 1 sierpnia 2014

Wielkie wesele, czyli wielka tragedia

Komedie romantyczne, czy też komedie familijne nigdy nie należały i raczej nie będą należeć do produkcji ambitnych. Tego typu filmy mają rozbawić widza, podnieść trochę na duchu pokazując że każdy może znaleźć swoją drugą połówkę, albo poradzić sobie z kłodami rzucanymi pod nogi przez los. Jeżeli więc po seansie takiego filmu widz ma uśmiech na twarzy i czuje się w miarę odprężony, to oznacza że to był dobry film. Jeżeli jednak po dwudziestu minutach oglądania ogarnia widza potworne uczucie zmęczenia, znajomi zaraz wywiercą wielką dziurę w kanapie widza od ciągłego kręcenia się, a widz patrząc na zegarek ma wrażenie że czas się zatrzymał, to oznacza iż film nie jest dobry i coś gdzieś poszło źle, że zamiast dobrego filmu wyszedł koszmarek. Właśnie takim żenującym koszmarkiem jest The Big Wedding. A co najgorsze jest to kolejny film, który potwierdza zasadę, że nawet świetna obsada nie uratuje marnego scenariusza i nie sprawi że film w jakiś cudowny sposób stanie się lepszy. Wręcz przeciwnie stanie się jeszcze gorszy, bo widz zaczyna zadawać sobie pytanie: „W jak desperackiej sytuacji znalazł się aktor, że zagrał w tym filmie?”. No właśnie w jakiej?

sobota, 26 lipca 2014

Spartacus, czyli krew, sex, intrygi i... bardzo dobra fabuła

Ostatni wpis był o ekranizacjach książek młodzieżowych, a dziś o serialu, którego młodzież młodsza chyba raczej nie powinna jeszcze oglądać. Jak widać rozstrzał tematyczny w filmach, serialach czy książkach po które sięgam jest dość duży. Świadczyć to może o moim całkowitym braku gustu, albo tym że uporczywie trzymam się zasady iż nic co popkulturowe nie jest mi obce. Przyjmijmy to drugie, dobrze? Jednak gwoli wyjaśnienia, w życiu nie pomyślałabym że sięgnę po serial, który reklamowany był rzeczownikami: krew, sex, przemoc. To jakoś nie moja bajka. Nie sięgnęłam też po serial ze względów estetycznych (czytaj: nagich męskich klat) o co z szerokim uśmiechem na twarzy oskarżał mnie mój znajomy. Tak naprawdę nie wiem dlaczego włączyłam pierwszy odcinek tego serialu. Wiem natomiast dlaczego włączyłam kolejne odcinki. Otóż pomijając te jakże momentami namolne i niezwykle potrzebne sceny erotyczne i przesadnie brutalne sceny walk, które po drugim odcinku przestają robić na widzu jakiekolwiek wrażenie, to Spartacus może pochwalić się ciekawą fabułą. Może nie obfituje ona w niesamowite zwroty akcji, ale potrafi zaskakiwać i co najważniejsze jest dość spójna. A to gwarantuje naprawdę przyjemny seans, chociaż nie wiem czy „przyjemny” to akurat odpowiednie słowo, ale niech stracę, Spartacusa się bardzo przyjemnie ogląda.

czwartek, 24 lipca 2014

Zbiorowo (6), czyli o adaptacjach i ekranizacjach książek dla młodzieży

Blog ten staje się ostatnio takim moim miejscem spowiedzi z różnych filmowych/ książkowych/ serialowych guilty pleasures. Ale cóż mogę na to poradzić, że mój gust filmowy nie jest zbyt wysublimowany i zamiast pracowicie nadrabiać klasyki, wolę obejrzeć film, który powstał na podstawie tzw. young adult novel, które po sukcesie Zmierzchu wyrosły jak grzyby po deszczu. Oczywiście jak można się domyśleć filmy te nie są najwyższych lotów, a czasami swoją nieporadnością wręcz przyprawiają o ból głowy. Ale zastanawiająca jest dla mnie jedna rzecz. Otóż książki młodzieżowe, które zostały przeniesione na ekran z dobrym skutkiem, czyli zadowoliły i fanów książek i krytyków, a także ich produkcja zwróciła się, to książki pozbawione postaci obdarzonych nadnaturalnymi zdolnościami (The Fault in Our Stars, The Perks of being a wallflower), albo to książki których akcja rozgrywa się w post apokaliptycznym świecie i nie ma w nich kosmitów (seria The Hunger Games). Kiedy twórcy biorą na warsztat jakąś powieść, w której mamy wampiry, wilkołaki, czarownice i inne cuda niewidy, w tym też kosmitów, to film jest do bólu przeciętny, historia nuży, a bohaterowie pozbawieni są jakiegokolwiek charakteru. Zastanawia mnie to, kto w tym momencie zawodzi. Czy już na wstępie zawodzi książka, chociaż według mnie to najmniej prawdopodobne. A może zawodzi scenarzysta, który ma w nosie książkę i nie przykłada się do swojej pracy myśląc, że w ty przypadku nawet największy szajs się sprzeda. Czy może to wina autora książki, który bezmyślnie sprzedał prawa do ekranizacji i nie miał prawa głosu przy pracy nad scenariuszem. Czy może to wina reżysera, który pracując z dość kulawym scenariuszem nie potrafi już zrobić z tego nic przyzwoitego? Szczerze mówiąc (czy jak kto woli pisząc) myślę, że wszystkie te rzeczy składają się na to, że taki film już na początku nie ma szans na bycie dobrym filmem, co udowodniono przy adaptacji The Host, Beautiful Creatures i The Vampire Academy, o których dziś chciałam napisać.

wtorek, 22 lipca 2014

Madonna za kamerą, czyli nierówne W.E.

Bardzo długo zbierałam się do napisania wpisu o tym filmie. Zresztą wcale nie miałam ochoty pisać o tym filmie, bo w praktyce pozostawił mnie po seansie zupełnie obojętną na swój urok. Dopiero kiedy bezmyślnie przełączając kanały w telewizji znowu na niego trafiłam i po raz drugi zaczęłam go oglądać, okazało się, że wcale nie chcę zmieniać kanału. Dlaczego ten dość nudnawy film tak mnie oczarował? Odpowiedź jest prosta. Ciekawa historia, bardzo dobre zdjęcia i przepiękna muzyka. Przepiękna muzyka przede wszystkim.

W.E. to w praktyce historia dwóch romansów. Pierwszy z nich to jeden z najgłośniejszych romansów XX wieku, pomiędzy królem Edwardem VIII i Amerykanką Wallis Simpson. Drugi zaś rozgrywa się już w czasach współczesnych pomiędzy zamężną kobietą, która swoje imię odziedziczyła właśnie po wyżej wspomnianej pani Simpson i która ma swego rodzaju obsesję na punkcie owego głośnego romansu, a rosyjskim ochroniarzem pracującym w muzeum, gdzie wystawiane są pamiątki po Edwardzie VIII i Wallis Simpson.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Ulubieńcy tygodnia #1

Ostatnio zaczęłam więcej pisać na blogu (chyba mogę sobie pogratulować, nie to wcale nie była zamierzona ironia) i jak nietrudno zauważyć, są to w większości recenzje czy też pseudo-recenzje, a przecież pisanie i czytanie w kółko różnych recenzji może być dość nudne. Postanowiłam więc, że postaram się prowadzić cotygodniowy cykl, w którym będę pisać o zupełnie przypadkowych rzeczach, w większym lub mniejszym stopniu związanych z popkulturą, które albo poprawiły mi humor, albo mocno mnie zirytowały. Chętnie też dowiedziałabym się co Wam w danym tygodniu przypadło do gustu, bo uważam że fajnie jest wymieniać się takimi rzeczami. Wpisy z tego cyklu będą ukazywały się w poniedziałek, a nie w niedzielę, która uważana jest za koniec tygodnia, wszak w niedzielę mogła się trafić jakaś przyjemna albo denerwująca rzecz o której chciałam napisać.

sobota, 19 lipca 2014

It Happened one night, czyli nadrabiam klasyki #2

„Jak ja lubię stare kino”, właśnie to zdanie dźwięczało mi w głowie po obejrzeniu filmu Franka Capry. Dawno po seansie jakiegoś filmu nie czułam się tak zrelaksowana i pozytywnie nastawiona do życia. Może to magia starych filmów tak na mnie podziałała, a może to tylko i jedynie urok Clarka Gable i niesamowita energia bijąca od partnerującej mu Claudette Colbert. Zapewne temu i jeszcze paru rzeczom składającym się na ten niezwykły efekt prezentowany na ekranie, można przypisać nieustający uśmiech na mojej twarzy ilekroć pomyślę o tym filmie.

Główną bohaterką Ich nocy jest Ellie Andrews (Claudette Colbert), córka milionera, która wychodzi za mąż za Kinga Westleya. Małżeństwo zostało zawarte mimo sprzeciwów ojca panny młodej, stąd milioner postanawia je unieważnić. Zdenerwowana i zdesperowana Ellie ucieka od ojca i postanawia dotrzeć do Nowego Jorku. Po drodze kobieta poznaje Petera Warne (Clark Gable). Mężczyzna okazuje się być dziennikarzem, który obiecuje jej pomóc dostać się do celu podróży, ale pod jednym warunkiem – będzie miał jej historię na wyłączność. Ellie musi się zgodzić, gdyż w przeciwnym razie Peter wyda ją jej ojcu. Oczywiście jak to w filmach bywa, na drodze tych dwojga napatoczy się wiele przeszkód, ale jednej szczególnie się nie spodziewali.

środa, 16 lipca 2014

O tajemnicach ludzkiego mózgu, czyli aż „Chce się żyć”

(źródło)
Nie wiem czy powinnam zaczynać post od stwierdzenia, że nie lubię polskich filmów. Niestety nie jestem fanką ani tych do bólu depresyjnych filmów o złych Polakach, ani tych romantycznych komedyjek na jedno kopyto obsadzonych tymi samymi aktorami, ani pompatycznych filmów historycznych, ani też tych pseudo artystycznych filmów, które próbują upodobnić się do produkcji, które są nagradzane na festiwalach takich, jak ten w Sundance, za to nadają się jedynie do puszczenia w pewnej stacji telewizyjnej, która je głównie sponsoruje. Po prostu nic nie ciągnie mnie do tej jakże różnorodnej i urozmaiconej rodzimej kinematografii. Czasami, czyli raz na ruski rok, zdarzy się jednak polski film, który naprawdę chcę obejrzeć, co nie znaczy że trafię na niego do kina. Na szczęście są wakacje, a niektórzy ludzie, jak np.: moi kochani rodzice posiadają ten jakże cudowny wynalazek jakim jest telewizor z dekoderem z dużą ilością filmowych kanałów, a wiadomo że jak akurat w telewizji leci film, który chcieliście obejrzeć, to przecież trzeba go obejrzeć i nie zmieniać kanału na inny. Tak było w przypadku filmu Macieja Pieprzycy Chce się żyć.

czwartek, 10 lipca 2014

Już jej niosą suknię z welonem, czyli najładniejsze filmowe suknie ślubne #3

Dawno temu napisałam dwa posty o moich ulubionych sukienkach filmowych. Jeden był o sukienkach, drugi o sukniach balowych. Teraz przyszła kolej na suknie ślubne. Oczywiście jest to lista do bólu subiektywna i znalazły się na niej suknie, w których bohaterki filmów, bądź seriali wzięły ślub, albo dotrwały jedynie do momentu dojścia do ołtarza (jednej nawet i ta sztuka się nie udała), albo założenie owej sukni wymagała od nich ich praca. Lista liczy jedynie 10 pozycji, dlatego z chęcią dowiem się jakie są Wasze ulubione filmowe/serialowe suknie ślubne.

Na pierwszy ogień idą suknie, w których wydaje mi się, że w obecnych czasach można stanąć na ślubnym kobiercu.

Audrey Hepburn w Funny Face
Suknia ślubna Jo Stockton to bardzo prosta sukienka, której krój nie sprawdzi się na każdej sylwetce, ale na Audrey Hepburn wygląda zjawiskowo.

(source)

środa, 9 lipca 2014

Walcząc o to, co kochamy najbardziej, czyli Saving Mr Banks

Długo zastanawiałam się czy powinnam pisać recenzję tego filmu, chociaż patrząc na moje wpisy recenzja to chyba za duże słowo. Pozostanę więc przy słowie wpis. Mianowicie nigdy nie czytałam Mary Poppins. Jako dziecko nie lubiłam czytać książek, może dlatego że miałam jakiś uraz do szkolnych lektur. Oczywiście przyszedł czas kiedy zaczęłam wręcz połykać książki i co śmieszne stało się to po przeczytaniu jednej z lektur szkolnych (Sposób na Alcybiadesa), która pokazała mi, że czytanie książek może być bardzo przyjemne. Niestety przez tę moją niechęć do czytania, nie sięgałam po inne książki oprócz tych, które musiałam przeczytać, żeby nie dostać w szkole jedynki. Dopiero teraz powoli zdaję sobie sprawę jak dużo straciłam i jak wielu ciekawych historii nie poznałam. Oczywiście kochana rodzicielka zachęcała mnie do czytania i podsuwała jakieś książki, ale po tym jak w żaden sposób nie mogłam przetrawić Ani z Zielonego Wzgórza (i do tej pory nie mogę zdzierżyć tej książki i zapewne jestem jedną z niewielu osób, które pałają aż taką niechęcią do tej powieści) zaprzestała swych daremnych wysiłków i poczekała aż sama zmądrzeję. Jak widać zmądrzałam, ale za późno i nigdy nie wróciłam do książek, które większość osób czyta w czasach dzieciństwa. Nie znam więc historii Mary Poppins, nie wiem nic o jej autorce, ani o jej walce o to, by filmowa Mary Poppins była jak najbliższa jej wizji. Jak można się domyśleć filmu również nie widziałam. Dlatego zastanawiałam się długo czy powinnam pisać o filmie, który pokazuje jak P.L.Travers pertraktuje z Waltem Disneyem o tym, by Mary Poppins na kinowym ekranie była Mary Poppins Travers a nie Disneya. Mimo to postanowiłam, że jednak napiszę kilka słów, bo przecież kto blogerowi laikowi zabroni?

poniedziałek, 7 lipca 2014

W pogoni za wymarzonym życiem, czyli Chasing Life


Stacja ABC Family ma dobrą rękę do produkowania przyjemnych seriali, zaryzykowałabym stwierdzenie, że takich trochę wakacyjnych seriali. Zazwyczaj są to dość lekkie historie o losach mniej lub bardziej skomplikowanych rodzin (Switch at Birth), bądź też są to luźne adaptacje książek młodzieżowych (Pretty Little Liars). Tym razem twórcy wzięli na warsztat dość często wykorzystywany ostatnio w kinematografii temat jakim jest choroba nowotworowa bardzo młodej osoby. Na razie zostały wyemitowane cztery odcinki Chasing Life, ale mogę stwierdzić, że jest to dość przyjemny serial, który może zagościć na antenie na dłużej, jeżeli oczywiście scenarzyści podźwigną ciężar tematu z jakim rozpoczęli zmagania. Co innego jest nakręcić dwugodzinny film, a co innego dwudziestoodcinkowy sezon serialu.

sobota, 5 lipca 2014

The Shawshank redemption, czyli nadrabiam klasyki #1

Długo zastanawiałam się czy tego typu wpisy mają sens. Zazwyczaj, jeżeli chodzi o filmy i seriale, ludzie nie przyznają się do dwóch rzeczy: do oglądania filmów złych , bądź całkiem niezłych ale uważanych za „guilty pleasure” oraz do tego, że nie widzieli klasyków kina. Przyznanie się do tego, iż nie widziało się jakiegoś filmu, który figuruje na listach typu „Top 250”, czy „100 filmów, które musisz obejrzeć przed śmiercią” często spotyka się z dużą dezaprobatą i uwagą w stylu „Jak mogłaś tego nie widzieć, przecież każdy to widział!?”. A właśnie, że nie każdy. W większości przypadków okazuje się, że nigdy nie nadarzyła się okazja żeby jakiś film obejrzeć. Poza tym, bardzo często bywa tak, że mamy błędne pojęcie o danym filmie, uważamy że jest bardzo poważny, albo nudnawy i wolimy sięgnąć po coś nowszego. Jednak najczęstszym powodem, dla którego przynajmniej ja omijam klasyki kina jest to, że boję się wielkiego rozczarowania. Rozczarowania, że film wcale nie będzie taki dobry jak go malują, albo że nie dostrzegę w nim tego, co sprawiło że zapisał się w historii kina, jako film, który każdy powinien zobaczyć. Dlatego postanowiłam, że za każdym razem kiedy uda mi się obejrzeć jakiś klasyk, będę próbowała napisać o nim kilka zdań, chociaż to nie będzie chyba zadanie zbyt proste, bo od zebrania się do oglądania takich filmów gorsze jest chyba tylko pisanie o nich. Pewnie niektórzy pomyślą, że jestem głupia iż przyznaję się np.: dzisiaj do faktu, że pierwszy raz w życiu widziałam Skazanych na Shawshank kilka dni temu, ale ja się tego nie wstydzę i nie będę za to przepraszać.

piątek, 4 lipca 2014

Magia zawsze ma swoją cenę, czyli Once Upon a Time

Bardzo rzadko wracam do porzuconych seriali. Może powinnam uściślić czym dla mnie jest porzucony serial. Jest to mianowicie taki serial, który po kilku, kilkunastu odcinkach zaczyna mnie tak denerwować/nudzić/irytować, że przestaję go oglądać i omijam go szerokim łukiem (i już do niego nie wracam, ani nie czekam żeby uzbierało mi się kilka odcinków). Tak było z Once Upon a Time, kiedy obejrzałam ze zgrzytaniem zębów pewien odcinek, w którym głównymi bohaterami mieli być krasnolud i wróżka. Poziom naiwności i cukierkowości tego odcinka był nie do zaakceptowania przez mój biedny mózg i obiecałam sobie, że nie będę psuć sobie nerwów jakimś serialem. Mam zdecydowanie zbyt dużo problemów żeby jeszcze zmuszać się do oglądania czegoś, co doprowadza mnie do szewskiej pasji. Jednak pod koniec tej wiosny, po jakichś dwóch latach, ni z tego ni z owego, a raczej z braku ochoty na oglądanie czegokolwiek włączyłam następny w kolejności (po wspomnianym wyżej feralnym odcinku) epizod i wsiąknęłam. I nie wiem czy to przez to, że mój mózg zmęczony nawałem nauki do egzaminów był w stanie zaakceptować każdą papkę jaką go karmiłam, a może to Szalony Kapelusznik, ale w tamtym momencie Once Upon a Time wydał mi się tak cudownie poprawiającym humor serialem, że teraz skoro już skończyły mi się odcinki to muszę napisać o nim więcej niż kilka słów.

środa, 2 lipca 2014

Spóźnione podsumowanie serialowego sezonu

Z racji tego, że nie było mnie na blogu dość spory kawałek czasu i nie napisałam nic o końcu serialowego sezonu, a raczej wiosennego sezonu (w końcu w czerwcu wystartowały kolejne seriale), to postanowiłam to nadrobić i naskrobać po kilka zdań podsumowania do kilku seriali. Zanim przejdę do sedna, muszę napisać jednak parę uwag. W podsumowaniu znalazły się jedynie te seriale, które albo w miarę regularnie oglądałam, albo dość niedawno nadrobiłam najnowszy sezon. Na liście nie ma zbyt wielu „dobrych” seriali (lub powszechnie uważanych za bardzo dobre), ale cóż wychodzę z takiego założenia, że jak muszę się uczyć, to w przerwie przyjemnie jest obejrzeć coś przy czym nie trzeba zbyt wiele myśleć.

Oczywiście dalej roi się od spojlerów.

wtorek, 1 lipca 2014

Rzadko zdarzają się tak dobre filmy, czyli znakomite Rush

Powroty do pisania bloga po długiej przerwie nie są łatwe, gdyż jak zawsze uczucie zawodu jest dość ciężkie do zniesienia. Ktoś kiedyś powiedział mi żebym przestała przepraszać, że żyję (była to uwaga jednego z wykładowców odnośnie zbyt uprzejmych maili), więc nie będę Was przepraszać że mnie tu nie było jakiś czas, bo chyba bardziej powinnam przeprosić siebie. Dlatego bez zbędnych ceregieli przejdę do tego o czym ma być dzisiejszy wpis.

Są filmy, które mogę oglądać w kółko. Nie ważne, że dokładnie wiem co się za chwilę wydarzy i że powoli zaczynam cytować bohaterów. Jeżeli lubię jakiś film to nie ma to większego znaczenia, bo znaczenie ma jedynie to, że za każdym razem odczuwam tę samą fanowską radość z jego oglądania. I tak ostatnio stało się z Rush Rona Howarda. Miałam okazję zobaczyć film w kinie, ale nie potrafiłam sklecić jako takiej recenzji zaraz po seansie. Chociaż, jakby się nad tym dłużej zastanowić to mogłam, brzmiałaby tak: „Rush to świetny film. Zwiastun nie kłamał i umieszczone na plakacie onelinery też.”. Po obejrzeniu już kilka razy na DVD Wyścigu moja opinia nie uległa zmianie, ale jestem w stanie wyrazić ją w więcej niż dwóch zdaniach.

czwartek, 1 maja 2014

Bo dobra obsada, dobrym filmu nie uczyni, czyli Snowpiercer




Wpis ten zacznę od stwierdzenia iż nie jestem fanką filmów o tematyce postapokaliptycznej. Lubię je, ale nie oglądam ich nałogowo, nie widziałam nawet większości z nich i szczerze mówiąc nie mam zamiaru. Dlaczego więc poszłam do kina na Snowpiercer? Przede wszystkim skusił mnie trailer, który obiecywał ciekawe, pomysłowe kino. I jak pewnie większość widzów, skusiła mnie obsada. Rzadko się przecież zdarza by tylu dobrych aktorów grało w jednym filmie. Jak się bardzo szybko okazało, dobra obsada to za mało, bo niestety Snowpiercer potwierdził, że bez dobrego scenariusza aktor nie uczyni filmu ciekawym, może ewentualnie znośnym. I chyba taki jest Snowpiercer – znośny i szalenie nielogiczny, co zdecydowanie nie pomaga w jego oglądaniu.