czwartek, 31 grudnia 2015

10 najlepszych filmów i 5 seriali jakie obejrzałam w tym roku



Nadszedł ten nieubłagany czas w roku, kiedy większość blogerów robi jako takie podsumowania swojego filmowego/czytelniczego/itd. roku. Szczerze mówiąc (a raczej pisząc), nie przepadam za tego typu rankingami czy podsumowaniami, bo cierpię na „chroniczne niezdecydowanie”, jak lubię zwać moją niechęć do tworzenia zestawień, gdzie sama muszę coś wybrać i zdecydować czy było lepsze czy nie od reszty. Tak więc, po dość długich przemyśleniach w końcu dałam radę wybrać tę 10-kę najlepszych filmów jakie udało mi się zobaczyć w 2015 roku. Od razu zaznaczam, że nie wszystkie filmy i seriale, które znalazły się w tym rankingu miały swoją datę premiery (czy to polską czy światową) w 2015r. Niestety nie udało mi się dotrzeć na seanse filmów do kina tyle razy ile bym chciała. Nie jest to więc zestawienie najlepszych produkcji z tego roku, a po prostu do bólu subiektywne zestawienie najbardziej ciekawych i wciągających filmów jakie udało mi się w tym roku obejrzeć. Pragnę też dodać, że kolejność na liście jest przypadkowa i jeżeli obok produkcji nie ma linka do wpisu, to zapewne odpowiedni wpis (i odnośnik) pojawi się w styczniu.

wtorek, 22 grudnia 2015

Young adult novels, czyli ten wpis o kilku książkach

Ostatnio przekonałam się na własnej skórze, że oglądanie dość popularnych zagranicznych BookTuber'ów szkodzi zdrowiu. Po pierwsze sprawia, że dowiadujemy się o istnieniu wielu książek, o których egzystencji nie mieliśmy zielonego pojęcia. Po drugie, większość z tych książek należy do jakże uwielbianej przez wszystkich kategorii książek młodzieżowych. Oczywiście zdarza się usłyszeć o dość znanych seriach fantasy czy mocno promowanych thrillerach, ale nie oszukujmy się, w większości na BookTubie królują książki młodzieżowe. A to sprowadza mnie to trzeciego argumentu o szkodliwości owych wyżej wspomnianych kanałów na YT – otóż człowiek zaczyna się zastanawiać czy przypadkiem i on nie chciałby sięgnąć po którąś z omawianych przez BookTubera X książek. A jako że człowiek (czytaj obecna tu blogerka) to istota dość podatna na sugestie w tematach książkowo-filmowych, to tworzy sobie listę, tych często mało ambitnych książek młodzieżowych i zamiast przeczytać coś porządnego, sięga po kolejną serię z kategorii young adult novels, a potem narzeka, że jest do tyłu z klasykami... 

Postanowiłam więc zebrać te przeczytane książki w jeden wpis i napisać o nich po „kilka zdań” unikając przy tym spoilerów.

środa, 16 grudnia 2015

The Secret Life of Marilyn Monroe, czyli wzloty, upadki i wielkie dramaty

Macie tak czasami z niektórymi aktorami, że bardziej interesuje Was ich historia niż dorobek filmowy? Zamiast odczuwać chęć sięgnięcia po kolejny film z udziałem gwiazdy, wolicie zasiąść wygodnie przy lekturze jego biografii bądź też obejrzeć film dokumentalny o tej gwieździe? Cóż, ja tak mam w przypadku wielu aktorów z czasów złotej ery Hollywoodu. Może dlatego, że obecnie wszelkiego rodzaju informacje z planów filmowych, premier czy też ogromne ilości wywiadów telewizyjnych są dostępne na wyciągnięcie ręki. Poziom promocji filmu, a co za tym idzie natłok wiadomości jakie serwuje nam cała ta maszynka marketingowa związana z przemysłem filmowym sprawia, że przyzwyczailiśmy się do tego, że obejrzenie filmu już nie wystarcza, w szczególności kiedy film trafia do naszego serca. Zapewne dlatego w przypadku gwiazd starego kina, głód informacji jest większy niż sama chęć obejrzenia filmu. A przynajmniej często odczuwam taki głód jeżeli chodzi o znane nazwiska kina lat 40-tych, 50-tych czy 60-tych. Może to czysta chęć poznania jakiegoś wycinka historii, a może to po prostu moje wścibstwo bierze górę, tego nie jestem do końca pewna. Pewna jestem jednak tego, że jedną z takich gwiazd, o której wolę czytać i oglądać filmy dokumentalne, niż oglądać filmy z jej udziałem, jest Marilyn Monroe. Może dlatego tak bardzo przypadł mi do gustu mini-serial stacji Lifetime The Secret Life of Marilyn Monroe, który stara się opowiedzieć trochę inną historię tej aktorki jaką do tej pory było mi dane poznać.

niedziela, 13 grudnia 2015

Once Upon a Time, czyli podsumowanie sezonu 5a


Z racji tego, że starałam się w miarę na bieżąco umieszczać na blogu wpisy o moich odczuciach co do kolejnych odcinków OuaT, postanowiłam że musi pojawić się też wpis krótko podsumowujący tę połówkę sezonu. Jak to w przypadku tego serialu bywa, nie obyło się bez kilku ogromnych dziur fabularnych, ale za to finał półsezonu wynagrodził mi owe luki w miarę skutecznie. Muszę jednak przyznać, że o ile w odcinku finałowym dzieje się dużo i rozgrywa się wiele dramatycznych wydarzeń, to wydaje mi się, że tego dramatyzmu jest aż nadto. Nie jest to oczywiście równoznaczne z tym, że odcinek mi się nie podobał, bo odcinek mi się bardzo podobał, tylko że zakończenie jest mocno zagmatwane. A jak wiadomo, gdzie się za dużo naplącze, tam potem ciężko jest to wszystko sensownie rozplątać. Szczególnie kiedy końcówką półsezonu trzeba ładnie wprowadzić do kolejnych odcinków...

Oczywiście dalej wpis najeżony spoilerami.

niedziela, 6 grudnia 2015

Before We Go, czyli Chris Evans w roli reżysera

Już od dłuższego czasu wyznaję zasadę, że jeżeli nie wiem co obejrzeć, a nie mam ochoty ani na żadne klasyki ani też na żadne superprodukcje, to wieczór najprzyjemniej spędzę przy filmie wygrzebanym z kategorii „indie movie”. Niby są to niskobudżetowe produkcje, w których nie będzie niesamowitych zwrotów akcji, mistrzowskich intryg, wybuchów czy też superbohaterów, ale w większości przypadków będzie ciekawa historia, której tak naprawdę nie potrzeba tej całej otoczki. Bo jak wiadomo, dobra historia z pomocą dobrej gry aktorskiej zawsze się obroni. Odstępstwem od tej reguły zdecydowanie nie jest Before We Go, czyli reżyserski debiut Chrisa Evansa.

Before We Go to historia dwójki nieznajomych, którzy poznają się pewnej nocy na nowojorskim dworcu. Ona została okradziona, a jedyne co pozostało jej w kieszeni to bilet na pociąg do domu, na który niestety nie zdążyła. On przyjechał do miasta na przesłuchanie do zespołu, ale tego wieczoru miał spotkać się ze znajomym na imprezie, jednak mężczyzna wolał grać na dworcu niż dotrzeć pod wskazany adres. Ona i on, oboje zagubieni, oboje na życiowym zakręcie, tej jednej nocy krążąc po mieście, dzięki wzajemnej pomocy może znajdą swoją drogę.

wtorek, 1 grudnia 2015

The Longest Ride, czyli Sparks tym razem z tarczą

Chyba nie będzie wielkim przekłamaniem jeśli napiszę, że powieści Nicholasa Sparksa są jednymi z częściej ekranizowanych książek w ogóle. Średnio co roku gościmy na ekranach kin film, który powstał na podstawie prozy tego pana. To dość zadziwiające biorąc pod uwagę, że książki Sparksa, a co za tym idzie również i ich ekranizacje, opierają się na jednym i tym samym schemacie. Mamy więc podobny przebieg akcji, bardzo zbliżone punkty zwrotne w fabule, które znajdują się w miarę w tym samym czasie co w innych historiach, jedynie imiona i zawody bohaterów się zmieniają. Tak więc co roku dostajemy jeden film z gatunku „Sparksowe romansidła” i zapewne przez dłuższy czas się to nie zmieni. Dlaczego? Bo jak widać cały czas jest zapotrzebowanie na tego typu filmy, czyli na takie proste historie miłosne, które potrafią w ciągu seansu rozśmieszyć widza, by potem wycisnąć z jego oczu kilka łez. The Longest Ride nie jest w tym przypadku wyjątkiem od tej reguły.

Historia jest dość prosta. Mamy dwójkę młodych ludzi, którzy są od siebie bardzo różni, ale mimo to, w dość krótkim czasie połączy ich silne uczucie. Żeby nie było tak łatwo i przyjemnie, w końcu owe różnice dochodzą do głosu i mieszają w życiu naszej zakochanej pary (ale niespodziewany zwrot akcji...). W międzyczasie losy tej dwójki splatają się z losem starszego mężczyzny, który opowiada im o swoich perypetiach życiowych i co najważniejsze w tej historii, o Ruth, która była miłością jego życia. 

sobota, 28 listopada 2015

The Hunger Games: Mockingjay - part 2, czyli w miarę poprawne zakończenie filmowej tetralogii



Jak to się ładnie mówi, coś się kończy, coś się zaczyna. Jedna filmowa seria oparta na młodzieżowych książkach dobiegła końca, a zapewne niedługo zastąpi ją jakaś inna, bo wszak moda na ekranizowanie książek z gatunku „young adult” trwa w najlepsze. Oczywiście raz wychodzi to z lepszym, a raz z gorszym skutkiem, co nie przeszkadza producentom na chwytanie kolejnego bestsellera i przenoszenie go na ekrany kin czy też telewizorów. Jednak dzisiaj nie o modzie na kręcenie filmów na podstawie książek młodzieżowych, a o Mockingjay part 2, który niestety nie zachwycił. A przynajmniej nie wywarł na mnie takich emocji, jakich po nim oczekiwałam. I teraz tak sobie myślę, że właśnie tym filmem twórcy udowodnili, że czasami by uszanować treść książkowego pierwowzoru nie należy materiału wyjściowego na siłę dzielić na dwie części. Bo dość często tego typu genialny plan okażę się takim niegroźnym strzałem w stopę, niby można po nim dalej iść, ale bez bólu się nie obejdzie.



piątek, 20 listopada 2015

Once Upon a Time, czyli ale się teraz porobiło...

Ilekroć piszę jakiś wpis o Once Upon a Time, tylekroć wspominam o tym, że choć nie zawsze podobają mi się zagrania scenarzystów, tak wyobraźni odmówić im nie mogę. W tym zaś sezonie, twórcy tego bajkowego serialu udowadniają, że nadal mają jeszcze wiele niewykorzystanych pomysłów i zagrań, które potrafią wbić widza w fotel. Jeden z takich cudownych plot twistów zaserwowali w ósmym odcinku tego sezonu. Po czym zrobili coś czego robić nie powinni. Mianowicie w niedzielę emitowany był nie jeden, a dwa odcinki. Pierwszy z genialnym zakończeniem i drugi, który do tego pierwszego pasował jak pięść do nosa. I nie chodzi o to, że dziewiąty odcinek jest zły, bo fabularnie to naprawdę ciekawy odcinek, ale po prostu takich rzeczy widzom się robi. Szczególnie, jeżeli na kolejną wizytę w Storybrooke mają czekać dwa tygodnie.

Dalej oczywiście spoilery.


sobota, 14 listopada 2015

Flesh and bone, czyli pot i łzy i dużo baletu

W poprzednim wpisie narzekałam, że znalazłam się w tym jakże nieznośnym serialowym dołku i nie mam ochoty na żadne nowości, a w dzisiejszym poście piszę o nowym serialu. Jak widać jestem bardzo konsekwentna w swoim nieoglądaniu seriali, albo po prostu potrzebowałam dobrej zachęty. A Flesh and bone, czyli najnowszy serial stacji Starz jest bardzo dobrą zachętą, szczególnie jeżeli można obejrzeć wszystkie odcinki za jednym zamachem. Co oczywiście radośnie uczyniłam, bo na jednym nie byłam w stanie poprzestać. Żałuję tylko jednej rzeczy, a mianowicie tego, że pierwszy sezon liczy sobie jedynie 8 odcinków...

Serial opowiada historię Claire, młodej baletnicy, która postanawia porzucić swoje dotychczasowe życie i uciec do Nowego Jorku, by spełnić swoje marzenie o zostaniu primabaleriną. Dziewczynie udaje się dostać do American Ballet Company, jednak ten szybki i niespodziewany sukces niesie ze sobą przykre konsekwencje. Bo zespół baletowy jest jak rodzina, z którą dobrze wychodzi się jedynie na zdjęciach, a do tego nie tylko nowe demony spędzają Claire sen z powiek, demony z przeszłości również starają się o swoje pięć minut.

niedziela, 8 listopada 2015

Flash vs Arrow, czyli o nowych sezonach seriali od DC

Tej jesieni oglądanie seriali nie idzie mi zbyt dobrze, a raczej nie idzie w ogóle. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia dlaczego. Skusiłam się jednak ostatnio na nadrobienie najnowszych odcinków Arrow i Flasha i pomyślałam, że o nich napiszę. Wszak pamiętam, że wczoraj powinien ukazać się wpis o nowych odcinkach OuaT (których, niespodzianka, nie obejrzałam jeszcze), stąd pomysł na wpis o wybranych serialach od DC. Zanim jednak przejdę do mojego zrzędzenia i kilku zachwytów, chciałam zapytać czy polecacie jakieś nowości serialowe? Szczerze mówiąc żaden serial swoim opisem nie skusił mnie na tyle bym była chociaż w stanie obejrzeć jego pierwszy odcinek. Ale może się mylę i jednak powinnam dać któremuś szansę?

Jak zwykle przy tego typu wpisach, dalej należy spodziewać się spoilerów.

wtorek, 3 listopada 2015

The Age of Adaline, czyli prosta historia w ładnej oprawie

Ostatnimi czasy nie mam ochoty oglądać żadnych ambitniejszych produkcji, więc sięgam po wszystkie filmy z kategorii „przyjemnych filmideł”. Niestety tego typu filmowa kategoria niesie ze sobą niebezpieczny ładunek wielu prostych i kiczowatych historii o miłości. Oczywiście nie twierdzę, że owe kiczowate romansidła źle się ogląda, ale zazwyczaj nie są to filmy najwyższych lotów. A szkoda, bo w wielu przypadkach takie historie mają w sobie sporo potencjału, by uczynić je na ekranie dobrymi filmami. Twórcy Wieku Adaline mocno starali się, by ich produkcja wyszła poza ramy przeciętnego filmu z kategorii tych przyjemnych romansideł i by z pomocą dodatku w postaci pierwiastka fantastycznego, wspięła się na wyższy poziom w filmowej drabince. Czy im się to udało? No cóż, według mnie tak sobie.

The Age of Adaline opowiada historię niejakiej Adaline Bowman, która urodziła się na początku XX wieku. Życie Adaline niczym się nie wyróżniało na tle innych osób, do czasu, kiedy pewnej nocy kobieta miała wypadek samochodowy. Wtedy to, w dość magicznych okolicznościach, Adaline nie tylko przeżyła ów wypadek, ale i przestała się starzeć. Mija 80 lat, a tytułowa bohaterka nie postarzała się nawet o dzień. Przez ten cały czas kobieta żyła samotnie, w obawie, że ktoś może odkryć jej sekret i w ten sposób zaszkodzić jej i jej bliskim. Pewnego dnia Adaline poznaje Ellisa, który sprawia że jej uporządkowane życie zaczyna się rozpadać. 

wtorek, 27 października 2015

Into the Woods, czyli czasami lepiej ugryźć się w język

Pozostając jeszcze na jeden wpis w bajkowych klimatach, chciałam dziś napisać o pewnym musicalu, który nareszcie udało mi się obejrzeć. Mowa oczywiście o Into the Woods, czyli tym musicalu, którego większość ludzi nie cierpi i na który internetowi recenzenci wylewali swego czasu wiadra pomyj. Dawno nie widziałam też aż tak dużego rozstrzału w wystawianych ocenach na imdb. Bo gdy z grubsza przejrzy się oceny, to film Roba Marshalla zbiera albo po jednej gwiazdce, albo dostaje 10 gwiazdek. Skąd taka różnica w zdaniach na temat Into the Woods? Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, a raczej nie rozumiem tych ocen 1/10. Mam jednak pewne przypuszczenia, o których postaram się napisać dalej.

Into the Woods to filmowa adaptacja musicalu Stephena Sondheima, pod tym samym tytułem. Z grubsza film opowiada o postaciach z bajek, które w większości wszyscy dobrze znają i które w swoich historiach czegoś sobie zażyczyły. W musicalu ich życzenia oczywiście się spełniają, ale nie w taki sposób w jaki by tego owe postaci chciały. 


sobota, 24 października 2015

The Dark Swan, czyli nowy sezon Once Upon a Time

Chyba większość czytelników tego bloga zdążyła się już przyzwyczaić do mojego tragicznego wręcz braku systematyczności. Ten brak systematyczności w produkowaniu nowych wpisów coraz bardziej zaczyna mnie zadziwiać, gdyż w życiu pozainternetowo-blogowym jestem trochę takim, małym stworkiem, którym musi mieć wszystko pod kontrolą i dopięte na ostatni guzik. Wiecie, w moim słowniku nie istnieje powiedzenie „zrobić coś na za pięć dwunasta”. Jak widać moje życiowe postanowienia nijak się mają do bloga, ale jak to się ładnie mówi: mówi się trudno, żyje się dalej. Jako, że na blogu brak mi tej systematyczności to postanowiłam wprowadzić takie codwutygodniowe wpisy o odcinkach seriali, które staram się oglądać na bieżąco, a że na razie oglądam tych seriali bardzo mało, to mam nadzieję że podołam wyzwaniu. Na pierwszy ogień idzie więc wpis o serialu, z którym mam bardzo burzliwy związek, działający na zasadzie nerwowych rozstań i spokojnych powrotów bez żadnych oczekiwań. Mowa oczywiście o Once Upon a Time, które w równym stopniu potrafi mnie jednym odcinkiem do siebie zniechęcić, co w sobie ponownie rozkochać.

Oczywiście wpis ten zawiera spoilery do pierwszych czterech odcinków nowego sezonu OUaT. Jak mój słomiany zapał pozwoli, za dwa tygodnie ukaże się krótki, podsumowujący wpis o kolejnych dwóch odcinkach OUaT.

wtorek, 20 października 2015

Zimowa opowieść Marka Helprina, czyli baśniowe pomieszanie z poplątaniem

Dawno, dawno temu obejrzałam film, który powstał na podstawie książki pod dość tajemniczym tytułem Zimowa opowieść. Film zebrał masę krytycznych recenzji, bo nie był filmem ani to wybitnym, ani to nawet bardzo dobrym, ot całkiem przyjemne filmidło – romansidło z wątkiem fantastycznym. Po seansie filmu dowiedziałam się o istnieniu książki, która była materiałem wyjściowym do filmu i która podobno miała być dużo od filmu lepsza. Jak można się domyśleć od razu zapragnęłam chęcią zapoznania się z ową powieścią. Po dość długich perypetiach w końcu udało mi się zasiąść do lektury dzieła Marka Helprina. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po jakichś dwustu stronicach, zorientowałam się że film mocno odbiega od treści książki, a po dobrnięciu do końca powieści miałam już pewność że film ma się tak do książki, jak pięść do nosa. A co najgorsze znowu okazało się, że jestem pozbawiona dobrego gustu, bo filmidło które wyszło spod ręki Akivy Goldsmana podobało mi się bardziej...

Zimowa opowieść to historia o pewnym złodzieju, Peterze Lake'u, który zakochuje się w pięknej, chorej na gruźlicę Beverly Penn. Tę dwójkę dzieli wszystko, począwszy od statusu społecznego, wykształcenia, stylu życia i na zainteresowaniach kończąc. Mimo to nie było bardziej kochającej się pary niż ta dwójka. A jako, że mamy do czynienia z historią baśniową, to okazało się, że miłość Petera do Beverly sprawiła, że czas zaczął płynąć dla nich trochę inaczej, co oczywiście spowodowało w świecie wiele przedziwnych zdarzeń. Zimowa opowieść jest jednak przede wszystkim opowieścią o Nowym Jorku, który Helprin w swojej książce uczynił miejscem baśniowym, miejscem pełnym cudów i bajkowej krainy. 

piątek, 16 października 2015

Singielka, czyli nowy tasiemiec TVN

(źródło grafiki)
Na wstępie chciałam zaznaczyć kilka rzeczy. Po pierwsze rzadko oglądam polskie seriale, a szczególnie seriale tego typu. Czyli te seriale złożone z dwudziestominutowych odcinków, które to odcinki emitowane są codziennie od poniedziałku do piątku. No dobra, może kiedyś oglądałam Brzydulę, ale to było wieki temu. Dlaczego więc obejrzałam kilka odcinków Singielki i dlaczego w ogóle o tym piszę na blogu? Otóż po najnowszym tasiemcu TVNu nie spodziewałam się nic oprócz tego, że zapewne będzie to serial ocierający się o komedię i prawdopodobnie będzie to serial dość głupiutki. Okazało się, że się za bardzo nie pomyliłam. Singielka to głupiutki serial, malujący polską rzeczywistość na swoje potrzeby na różowo, który przepełniony jest absurdalnymi zachowaniami głównej bohaterki, ale przy tych wszystkich zarzutach, to serial paradoksalnie przyjemny do oglądania, który mnie bawi. I teraz rodzi się pytanie. Czy ze mną jest źle, bardzo źle, czy może po prostu powinnam zacząć leczyć się na nogi, bo na głowę już za późno?

poniedziałek, 12 października 2015

Cinderella, czyli nigdy nie jesteś za stary na film Disneya

Wracam do pisania bloga po dość długiej przerwie. Wiem, kolejnej przerwie... Na moje usprawiedliwienie mogę podać tylko taki skromny powód, że już od kilkunastu dni mogę stawiać przed nazwiskiem te trzy znaczące literki 'mgr', których bądźmy szczerzy zapewne nigdy podpisując się na jakimkolwiek dokumencie nie napiszę. Tak czy siak, owe trzy literki są, a świadomość ich posiadania jest co najmniej przyjemna. Tym optymistycznym akcentem z mojego jakże interesującego życia zakończę ten bezsensowny wstęp i przejdę do meritum tego postu, czyli do nowego Kopciuszka w reżyserii Kennetha Branagha. Twórcy wzięli na warsztat klasyczną opowieść znaną chyba wszystkim dzieciakom i dorosłym i zrobili z niej naprawdę bardzo dobry film, który dzieci na pewno pokochają, a dorośli raczej nie pożałują, że zdecydowali się na seans filmu Disneya.

Chyba nie ma sensu przytaczać fabuły filmu, bo podąża ona dość wiernie za klasyczną opowieścią. Oczywiście dla niektórych może się to okazać ogromnym minusem tego filmu, a dla reszty widzów wielką zaletą. A dlaczego? Już tłumaczę. Zacznę może od minusów. Kopciuszek w takiej wersji jest filmem do bólu naiwnym. Nasza główna bohaterka, Ella, jest tą dobrą dziewczyną, która mimo wszelkich przeciwności losu, nie traci owej dobroci i nadal wierzy, że takie podejście do życia zostanie kiedyś nagrodzone. Dlatego dzielnie znosi wszelkie nieprzyjemności ze strony macochy i przybranych sióstr, jednocześnie wierząc, że i w nich, gdzieś głęboko ukryte są pokłady dobroci. Po prostu, Ella nie ma żadnych wad, ale niestety przez to jej postać jest do bólu naiwna. A przez to i cała historia jest tak dziecinna i przesłodzona, że niektórych od nadmiaru cukru mogą rozboleć zęby. Chciałam jednak zaznaczyć, że to co przed chwilą opisałam, dla mnie nie jest wadą tego filmu, a zaletą. Jakby nie było, Kopciuszek jest bajką i twórcy chcieli nakręcić aktorską wersję bajki, a nie jej retelling. Dlatego jeżeli ktoś spodziewał się, że będzie miał do czynienia z podobnym zabiegiem jak w przypadku Maleficent, to srogo się zawiedzie.

sobota, 5 września 2015

Wait until dark, czyli Audrey Hepburn zaskakuje


Dawno nie oglądałam, a tym samym nie pisałam tutaj o żadnym filmie z jedną z moich ulubionych aktorek - z Audrey Hepburn. A jako, że ostatnio miałam ochotę na jakiś trochę starszy film, to stwierdziłam, że najlepiej będzie spróbować w końcu powoli dokończyć moje osobiste wyzwanie, obejrzeć całą filmografię Audrey Hepburn. Tym razem wybór padł na film w reżyserii Terence'a Younga pt: Wait until dark, który to można zaliczyć do gatunku thrillerów, czyli do gatunku filmów, do których Audrey Hepburn zupełnie mi nie pasowała. Jednak im dalej akcja postępowała do przodu, tym bardziej byłam pod wrażeniem tego jak Hepburn potrafiła odnaleźć się w roli Susy, a co najważniejsze, jak dobry jest ten film.

Główną bohaterką filmu jest niewidoma Susy. Kobieta nie tak dawno straciła wzrok i teraz, z pomocą męża, uczy się znowu funkcjonować samodzielnie. Pewnego dnia, mąż Susy pomaga pewnej kobiecie na lotnisku i przechowuje dla niej lalkę. Mężczyzna nie wie jednak, że w lalce znajduje się heroina i przynosi ją do domu. Kilka dni później, kiedy Susy zostaje sama w domu, zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Trzej bandyci szukający lalki postanawiają wykorzystać ślepotę kobiety i odzyskać lalkę. 

środa, 2 września 2015

God Help the Girl, czyli musical w stylu indie

Rzadko trafiam na filmy, o których nie wiem co mam sądzić. Zazwyczaj film mi się podoba, albo nie. Ewentualnie może mnie denerwować bądź bawić jakiś jego aspekt, co nie wpływa na końcowe odczucia wobec całokształtu produkcji po seansie. Jednak w przypadku God Help the Girl mam problem z jednoznaczną oceną tego filmu, bo plusów i minusów jest mniej więcej tyle samo. Z jednej strony film Stuarta Murdocha to dobre kino indie, a do tego to całkiem niezły musical, ale niestety zabawa formą, przeplatanie sekwencji musicalowych z filmowymi nie wyszło reżyserowi zbyt dobrze, przez co momentami cała historia się rozjeżdża. Dlatego wydaje mi się, że God Help the Girl nie jest filmem dla każdego, szczególnie jeśli komuś nie przypadną do gustu piosenki stylizowane na lata 60., które mi osobiście bardzo się podobały. 

Główną bohaterką filmu jest nastoletnia Eve, która przebywa w ośrodku medycznym, gdzie próbuje uporać się ze swoimi zaburzeniami odżywiania. Aby zmierzyć się z problemami emocjonalnymi jakie ją trapią, dziewczyna zaczyna pisać piosenki o swoim życiu. To nowe hobby sprawia, że Eve postanawia spróbować żyć na własny rachunek, poznawać świat i oczywiście tworzyć nowe piosenki. Na swojej drodze spotyka gitarzystę Jamesa oraz Cassie, młodych ludzi, którzy tak jak ona próbują na swój sposób zmierzyć się z problemami jakie postawił na ich drodze los.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Oglądanie filmów to nie hobby, czyli w obronie kinomanów

Dzisiejszy wpis, jak tytuł wskazuje nie będzie traktował o żadnym filmie, ani książce, ani serialu, a będzie się odnosił do sytuacji, która nie tak dawno mnie spotkała. Dowiedziałam się bowiem od dobrej znajomej z czasów licealnych, że oglądania filmów nie można nazwać hobby, bowiem jest to jedynie sposób marnotrawienia czasu i uciekania od problemów z życia codziennego. Do tego oglądanie filmów zupełnie nie rozwija i nie dostarcza żadnej wiedzy. Filmy można więc traktować jedynie jako formę rozrywki, po którą sięga się od czasu do czasu. Idąc dalej tokiem myślenia ów znajomej, okazało się również, że powinnam się wstydzić że znam dużo nazwisk aktorów i reżyserów i potrafię połączyć ich z filmami, w których występowali. Szczytem zaś mojego kulturowego upadku jest to, że w przypadku niektórych aktorów czy aktorek kojarzę ich drugie połówki. Kiedy dołożymy do tego fakt, że lubię oglądać seriale i nie są to w większości seriale z wyższej półki, to możemy zobaczyć jak bardzo się stoczyłam. Bo oglądanie filmów, seriali czy też czytanie lżejszych powieści nie może być uznane jako hobby. Pytam się więc moi drodzy miłośnicy filmów i książek, co my właściwie robimy ze swoim życiem?

piątek, 28 sierpnia 2015

The Man from U.N.C.L.E., czyli świetne wakacyjne kino

Od chwili kiedy zobaczyłam zwiastun nowego filmu Guy'a Ritchie'go wiedziałam, że nawet nie ważne czy będzie się palić czy walić, muszę się zmobilizować i trafić na salę kinową na seans The Man from U.N.C.L.E. Nie potrafię wytłumaczyć co aż tak zachwyciło mnie w tym zwiastunie, że zapałałam tak ogromną potrzebą zobaczenia tego filmu. Jak się okazało mój „pozwiastunowy” entuzjazm nie był przedwczesny ani nietrafiony, bo szpiegowskie kino Ritchie'go było dokładnie tym czego od tego filmu oczekiwałam. Było ciekawie, intrygująco i momentami bardzo, ale to bardzo zabawnie, a do tego już od dłuższego czasu nie słyszałam w kinie tak świetnego soundtracku.

Akcja The Man from U.N.C.L.E. rozgrywa się we wczesnych latach 60-tych. Okazuje się, że światu grozi ogromne niebezpieczeństwo ze strony tajemniczej kryminalnej organizacji, która dąży do stworzenia broni jądrowej. W tej sytuacji rywalizujące ze sobą potęgi USA i Rosji muszą połączyć siły by pokrzyżować plany owej organizacji. W tym celu wysyłają do akcji swoich najlepszych agentów: agenta CIA Napoleona Solo i agenta KGB Illya Kuryakina, którzy wraz z pomocą córki naukowca współpracującego z kryminalną organizacją mają doprowadzić do zniszczenia broni.

piątek, 21 sierpnia 2015

In your eyes, czyli film z Zoe Kazan znowu nie zawodzi

Nie wiem czy pisałam już o tym na tym blogu, ale uwielbiam filmy z Zoe Kazan. Każdy film z jej udziałem, po który sięgam okazuje się być dobrym filmem, a na dodatek filmem, który na pewno poprawi mi nastrój. Do tego zazwyczaj są to produkcje z naprawdę ciekawą fabułą, która w najważniejszych momentach nie zawodzi. Moim skromnym zdaniem uważam, że Kazan jest aktorką, której karierę warto jest śledzić, bo dziewczyna ma nosa do wybierania ciekawych produkcji. Stety czy może dla niektórych niestety, są to w większości produkcje niskobudżetowe, co mi zupełnie nie przeszkadza, bo lubię indie movies, ale zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy przepadają za filmami pokazywanymi na festiwalach typu Sundance. Czasami jednak warto jest zrobić wyjątek i skusić się na takiego „indyka”, gdyż można się pozytywnie zaskoczyć. Takim właśnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem może się dla niektórych okazać In your eyes.

Film Briana Hilla, do którego scenariusz napisał Joss Whedon, opowiada historię dwójki obcych sobie ludzi, między którymi rodzi się dziwna, telepatyczna więź. Owa więź mentalna i emocjonalna sprawiła, że życie Rebecki i Dylana nigdy nie było normalne i raczej już normalne nie będzie, gdyż owej więzi najwidoczniej nie da się zerwać.

środa, 19 sierpnia 2015

Sense8, czyli bardzo dobry pomysł i świetne wykonanie

(źródło)
Jak można się domyśleć, moja nieobecność na blogu nie jest jednoznaczna z odcięciem się od wytworów kultury popularnej. Jeszcze w miarę orientuję się w nowościach, których dostarcza telewizja i kina, chociaż z tymi drugimi jest już trochę gorzej. Niemniej jednak udało mi się w ostatnim czasie obejrzeć kilka seriali (lub dokończyć dawno zaczęte produkcje) i mam zamiar naskrobać tutaj o nich kilka słów (a raczej więcej niż kilka, ale kilka ładniej brzmi...). Oczywiście żeby nie było tak nudno, znajdzie się też kilka filmów, które chciałabym Wam polecić, więc notek filmowych też możecie się spodziewać, miejmy nadzieję w nie tak dalekiej przyszłości. Kończąc te ogłoszenia parafialne, przejdę od razu do rzeczy. A mianowicie do zachęcenia Was do dania szansy jednemu z nowszych dzieci Netflixa, czyli Sense8.

Serial opowiada o losach ósemki bohaterów, którzy są sobie obcy, dzielą ich miliony kilometrów, ale łączy ich jedna rzecz. W wyniku pewnego dziwnego zdarzenia, odkrywają że są ze sobą połączeni mentalnie. Jak można się domyśleć takie odkrycie przewraca ich życie do góry nogami i wcale nie sprawia, że staje się ono lepsze, a przede wszystkim bezpieczniejsze. Okazuje się, że na osoby takie jak oni, polują inni, którzy uważają ich za zagrożenie dla istniejącego porządku świata. 

czwartek, 13 sierpnia 2015

Twarzą w twarz z A, czyli Big A reveal po raz drugi



Jak widać czego dobry film nie mógł dokonać, tego dokonał bzdurny serial. A chodzi mi oczywiście o przywołanie blogera z powrotem do klawiatury. Nie będę się tłumaczyć z przerwy w pisaniu tutaj, bo nie widzę w tym sensu, wszak widać że systematyczne publikowanie postów nie należy do moich mocnych stron. Wracając jednak do tematu dzisiejszego, pisanego trochę na kolanie, postu, muszę przyznać że z jednej strony jestem pod wrażeniem, że w końcu twórcy Pretty Little Liars postanowili dać A twarz i całą „mroczną” historię, a z drugiej strony jestem rozczarowana tym kim jest ów Charles/A i jego dziurawą jak sito smutną historią życia.

Oczywiście dalej znajdują się spoilery do letniego finału PLL.





poniedziałek, 29 czerwca 2015

Need for Speed, czyli Maverick lata Apachem

Nigdy nie ciągnęło mnie do tego typu kina i szczerze mówiąc, a raczej pisząc, nie mam pojęcia dlaczego. Chyba zawsze uważałam takie filmy za pozbawione jakiejkolwiek fabuły produkcje, które bazują tylko i jedynie na efektach specjalnych. Wiecie takie efekciarskie kino, gdzie faceci prześcigają się w tym kto szybciej pojedzie lepszą furą (a przecież wiadomo, że liczy się rozmiar jachtu, a nie auta, prawda? No chyba że reklamy kłamią...). Ale skoro można obejrzeć efekciarski film na dużym ekranie, który akurat leci w telewizji, to dlaczego nie zobaczyć o co tyle szumu z tego typu filmami? I wiecie co, ja już wiem o co chodzi. Chodzi po prostu o świetną zabawę, a oglądanie Need for speed dostarcza naprawdę ogrom dobrej zabawy.

Fabuła nie wymaga zbyt wiele myślenia. Mamy dwóch gości lubiących szybkie, drogie auta, z których jeden pochodzi z biedniejszej rodziny ale oprócz tego że potrafi szybko jeździć potrafi również zbudować auto od zera, a drugi jest bogaty i ma jedynie talent do jazdy. Jak można się domyśleć ten pierwszy - Tobey, stoi po jasnej stronie mocy, a ten drugi – Dino, przeszedł już dawno na jej ciemną stronę. Żeby było ciekawiej obaj panowie za sobą nie przepadają, zaś jedno zdarzenie sprawia, że stają się wrogami, a Tobey trafia do więzienia. Po kilkuletniej odsiadce Tobey postanawia się zemścić i zaprowadzić Dino przed wymiar sprawiedliwości. Oczywiście najprościej będzie to zrobić wygrywając super tajny, prestiżowy wyścig prowadzony przez Michaela Keatona. No bo jak inaczej?

sobota, 27 czerwca 2015

The Hundred-Foot Journey, czyli mogło być lepiej

Po obejrzeniu Chef'a miałam ochotę na jeszcze jakieś „smakowite” filmy. Przypomniało mi się, że zupełnie zignorowałam grany swego czasu w kinach The Hundred-Foot Journey. Zwiastun zapowiadał ciekawą historię z dużym potencjałem komediowym, której główne tło miało stanowić gotowanie. Niestety żadne z moich oczekiwań nie zostało w pełni spełnione. Bo to może nie jest kiepski film, to nawet całkiem dobry film, ale to jest naprawdę kiepski film o gotowaniu, czy o jedzeniu w ogóle.

Fabuła filmu jest prosta jak drut i niestety nie zaskakuje na żadnym kroku. Mamy więc hinduską rodzinę, o której wiemy tylko tyle że w Indiach prowadziła restaurację i że z tych Indii musiała uciekać w dość dramatycznych okolicznościach. Po latach tułaczki główni bohaterowie znajdują swoje nowe miejsce na Ziemi – Francję i tam postanawiają otworzyć restaurację. Tak się składa, że w budynku naprzeciwko swoją ekskluzywną restaurację z jedną gwiazdką Michelin prowadzi Madame Mallory, której nowi sąsiedzi zdecydowanie nie przypadli do gustu. To jednak może się zmienić kiedy Madame Mallory doceni talent młodego hinduskiego kucharza amatora.

piątek, 26 czerwca 2015

Chef, czyli uczta dla podniebienia

Nie wiem czy wiecie, ale uwielbiam gotować. Lubię próbować nowe rzeczy, testować nowe przepisy, modyfikować te, które już mi się znudziły, ale nade wszystko uwielbiam jeść dobre jedzenie. Jedyna rzecz jaka wygrywa z jedzeniem, to pieczenie. Tak, uwielbiam słodkości. Ale nie takie kupne, a domowe, bo nie ma lepszej rzeczy niż mieszkanie pachnące wypiekami, albo po prostu pysznym jedzeniem. Może dlatego bardzo lubię oglądać filmy z gotowaniem w tle. Jak się jednak okazuje na palcach u jednej ręki można policzyć ciekawe filmy o kucharzach, czy ludziach z pasją do gotowania. Mimo to od czasu do czasu zdarzają się takie nowe perełki, które sprawiają że podczas seansu ma się ochotę rzucić wszystko i zacząć gotować. Chef jest właśnie taką perełką. Najnowszy film Jona Favreau ma jednak jedną, ogromną wadę – na pusty żołądek ten film jest po prostu niestrawny.

Chef opowiada historię charyzmatycznego szefa kuchni, który wchodzi w konflikt z jednym z bardziej poważanych krytyków kulinarnych. Jakby tego było mało szef Casper traci swoją posadę i staje na życiowym zakręcie. Mężczyzna nie zamierza się jednak tak łatwo poddawać i chce odzyskać swoją pozycję w kulinarnym świecie. Z pomocą rodziny zakłada swój własny, mały biznes – food truck, dzięki czemu nareszcie będzie mógł gotować to, na co ma ochotę będąc przy tym kreatywnym w takim stopniu w jakim chce. Ważne by było smacznie. 

środa, 24 czerwca 2015

Spódnice w górę!, czyli głupota goni głupotę

Nie wiem dlaczego nie mam szczęścia do komedii. Czy w tak młodym wieku stałam się już tak zrzędliwa i cyniczna, że nic mnie nie śmieszy? A może to przedstawiciele współczesnej kinematografii nie potrafią już stworzyć śmiesznego kina w dobrym guście, gdzie co drugi żart nie musi być ordynarny i żenujący? Do niedawna uważałam, że Francuzi całkiem nieźle się bronią i komedie, a także komedie romantyczne czy też kino bardziej kobiece wychodzi im całkiem przyzwoicie i nie kręci się w kółko wokół jednego tematu. Jak się okazało myliłam się i to bardzo, bo Spódnice w górę! to nawet nie jest koszmarek, to jest jakiś koszmar, którego nie da się oglądać.

Film opowiada o 11 kobietach, które różni prawie wszystko. Kluczowym słowem jest „prawie”, bo łączy je to, że żadna nie jest szczęśliwa w związku z facetem, albo jest nieszczęśliwa, bo jeszcze tego idealnego mężczyzny nie znalazła, a po drodze trafiali jej się sami kretyni lub kariera przeszkodziła jej w stworzeniu perfekcyjnego związku. To ostatnie tyczy się również braku przyjaciółek. Mamy więc te 11 kobiet, które są pełne kompleksów i które w końcu chcą odnaleźć szczęście, a nie tylko udawać przed innymi że są szczęśliwe.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Fifty Shades of Grey, czyli myślałam że będzie gorzej

W końcu obejrzałam to dzieło współczesnej kinematografii, które zostało nakręcone na podstawie cudu współczesnej literatury, bijącego wszelkie rekordy popularności. Ten ów cud literatury czytałam już jakiś czas temu i wtedy chyba najmocniej uderzył mnie sens powiedzenia, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Jedyną radość jaką przysporzyła mi owa książka, to jej ekranizacja, a raczej złe recenzje tej ekranizacji. W życiu nie pomyślałabym, że czytanie złośliwych recenzji może być taką świetną rozrywką. W końcu jednak przyszedł ten moment, w którym postanowiłam sprawdzić na własnej skórze czy autorzy tych złych recenzji mieli rację czy może trochę przesadzali. I szczerze mówiąc przed seansem, w mojej głowie Pięćdziesiąt twarzy Greya było filmem złym, tragicznym i w ogóle takim, którego nie da się oglądać. Okazało się jednak, że film Sam Taylor-Johnson da się oglądać, ale od połowy filmu wieje nudą i wtedy człowiek zdaje sobie sprawę, że mógł w tym czasie obejrzeć coś innego.

Chyba nie ma sensu przybliżać fabuły tego dzieła, bo wszyscy o nim słyszeli i wszyscy wiedzą z czym to się je. Wydaje mi się, że wszystko o tym filmie zostało już napisane, ale kto blogerowi zabroni dorzucić do tematu swoje trzy grosze? No nikt, chyba że łącze internetowe się zawiesi.

sobota, 20 czerwca 2015

The Guest, czyli co na to Lady Mary?

Najczęściej bywa tak, że filmy które się lubi i do których się lubi wracać, to wcale nie są filmy wybitne, a takie które w jakiś sposób nas zaskoczyły, oczywiście pozytywnie, albo ujęły za serce. The Guest jest dla mnie takim filmem, który za serce mnie nie ujął, ale na pewno pozytywnie zaskoczył. Bo po obejrzeniu zwiastuna wydawało mi się, że tego typu film nie ma racji bytu z takim wyborem obsadowym do głównej roli. Już po kilkunastu minutach Gościa wiedziałam, że nie mogłam być w większym błędzie, bo aktor wcielający się w tytułowego gościa jest najmocniejszym punktem tej produkcji. Ale po kolei...

Fabuła filmu jest dość prosta, a przynajmniej jej punkt wyjściowy. Mamy więc rodzinę Petersonów, która jeszcze nie do końca zdążyła opłakać śmierć syna, który zginął na misji wojskowej. Pewnego dnia do drzwi ich domów puka niejaki David, sympatyczny młody mężczyzna podający się za przyjaciela ich syna. David od razu zaskarbia sobie sympatię całej rodziny i za namową pani domu zatrzymuje się u nich na kilka dni. Od momentu kiedy mężczyzna zamieszkał w domu Petersonów, w okolicy zaczynają się dziać dziwne rzeczy, a raczej dochodzi do dość zagadkowych morderstw.

sobota, 13 czerwca 2015

Jeden Pingwin nie wystarczy, czyli mój problem z Gotham


Moja przygoda z Gotham zaczęła się niezwykle owocnie, a przynajmniej zaowocowała u mnie małą fanowską obsesją na punkcie serialu. Mimo że dostrzegałam wady produkcji, to przymykałam na nie oko, w końcu miłość powinna być bezwarunkowa i pełna akceptacji wad drugiej połówki. Okazało się jednak, że w pewnym momencie owych wad nie mogłam już dłużej ignorować i musiałam dać sobie więcej dystansu i przestrzeni. Po kilkumiesięcznej separacji wróciłam jednak do oglądania Gotham, ale to już jednak nie było to samo co kiedyś, bo patrzyłam na produkcję bardziej krytycznym okiem. To nie jest tak, że Gotham jest złą produkcją i jej oglądanie nie przyniosło mi ogromu radochy i rozrywki, ale chodzi o to, że Gotham to serial z ogromnym, niewykorzystanym potencjałem, którego twórcy albo sami nie dostrzegli, albo po prostu bali się wykorzystać. 

W dalszej części wpisu znajdują się spoilery do pierwszego sezonu, a co za tym idzie do finałowego odcinka. 

wtorek, 2 czerwca 2015

Papierowe miasta (Paper Towns) John Green, czyli o szukaniu siebie

Na początek zacznijmy od tego, że lubię książki Johna Greena. To takie przyjemne czytadła, które można sobie podczytywać w autobusie w drodze na uczelnię, czy wyciągnąć je na nudnym seminarium. Są to jednak też książki, które starają się poruszać ważne tematy z życia nastolatków, w końcu to young adult novels, więc nie ma się czemu dziwić. Niestety czasami książki Greena starają się być aż nadto moralizatorskie i dużo w nich filozofowania, a raczej momentami mam wrażenie, że Green na siłę chce udowodnić, iż on wie dokładnie co dzieje się w głowach nastolatków i stąd czasami jego bohaterowie zachowują się tak, a nie inaczej. Czyli są w jednych scenach strasznymi dzieciakami, a kilka stron dalej wygłaszają patetyczne frazesy, albo prowadzą jakieś filozoficzne dysputy. Stąd mam wrażenie, że czasami postaci są napisane niekonsekwentnie. Paper Towns, tak jak poprzednie książki Greena, które czytałam (Szukając Alaski i Gwiazd naszych wina), również trochę kuleje fabularnie z tego powodu. Ale po kolei...

Quentin Jacobsen jest uczniem ostatniej klasy liceum i od kilku lat podkochuje się w pięknej Margo Roth Spiegelman. Jako dzieci Margo i Q byli ze sobą bardzo zżyci, jednak jedno wydarzenie sprawiło, że oddalili się od siebie i tak pozostało do pewnej nocy, kiedy to stało się coś, o czym Q mógł tylko pomarzyć – Margo zapukała w jego okno. Przygody jakie przeżyli tej nocy robiąc ludziom dowcipy i wymierzając sprawiedliwość w stylu Margo Roth Spiegelman, sprawiło że Q miał nadzieję, że wszystko się teraz zmieni na lepsze. No i się zmieniło, tylko nie tak jak chłopak sobie to wymarzył. Otóż dziewczyna uciekła z domu, pozostawiając za sobą wskazówki, które według Q miały posłużyć do odnalezienia jej. 

poniedziałek, 25 maja 2015

The Vampire Diaries, czyli granica dobrego smaku została przekroczona

Długo zastanawiałam się czy pisać o tym serialu, bo szczerze mówiąc to TVD oglądam już z czystego przyzwyczajenia, a nie z ciekawości o dalsze losy bohaterów. Serial na przestrzeni tych sześciu sezonów z ciekawej produkcji, na której odcinki czekałam, stał się serialem który oglądałam kiedy nie miałam pomysłu na to, co innego obejrzeć, albo byłam tak zmęczona, że było mi wszystko jedno co oglądam, żebym tylko nie musiała przy tym za dużo myśleć. Właśnie, to najbardziej w TVD boli, stał się dla mnie rozrywką nie wymagającą jakiegokolwiek myślenia, bo przestała mnie interesować i fabuła serialu i los bohaterów. Co jest w tym wszystkim najgorsze, nawet okropnie irytująca postać Eleny przestała mnie irytować i wzbudzać jakiekolwiek czy to złe czy dobre emocje. Widząc po raz n-ty jakiś ulubiony schemat twórców serialu po prostu przestałam się tym wszystkim emocjonować, bo dobrze wiedziałam jak dana scena czy odcinek się skończy. Jednak dwie rzeczy skłoniły mnie do napisania tego wpisu. Po pierwsze mocno zbulwersował mnie poziom brutalności w finałowym odcinku szóstego sezonu, a po drugie z serialu odeszła Nina Dobrev wcielająca się w postać Eleny, czyli jakby nie było głównej bohaterki, co swego czasu wywołało w sieci niezły szum. 

W dalszej części wpisu spoilery do szóstego sezonu.

sobota, 23 maja 2015

The Judge, czyli teatr dwóch aktorów

The Judge to jeden z tych filmów, na które wybierałam się do kina jak sójka za morze, a potem zupełnie o nim zapomniałam. Zazwyczaj w takich przypadkach żałuję, że nie ruszyłam się z domu i nie poszłam zobaczyć filmu na wielkim ekranie. Jednak w przypadku The Judge zupełnie nie żałuję tego, że nie wygospodarowałam tych kilku godzin na wypad do kina. Bo o ile film Davida Dobkina jest zdecydowanie wart uwagi, to uważam, że jest to jeden z tych filmów, które przyjemniej ogląda się w domowym zaciszu.

The Judge opowiada historię Hanka Palmera, świetnego prawnika z wielkiego miasta, który wraca do rodzinnego miasteczka na pogrzeb swojej matki. Krótka wizyta przeradza się jednak w dłuższy, gdyż Hank postanawia pomóc swojemu ojcu, Josephowi. Ojciec Hanka jest tutejszym, szanowanym sędzią, który zostaje głównym podejrzanym w sprawie o morderstwo. Okazuje się jednak, że udzielenie pomocy ojcu nie jest łatwe kiedy dawne urazy i pretensje biorą górę. 

środa, 20 maja 2015

Begin Again, czyli dobry film z bardzo dobrą muzyka

Pamiętam jak Internety wręcz krzyczały, że Begin Again to film, który wart jest ruszenia się z domu i wybrania się na jego seans do kina. Pamiętam też, że czytając kolejne bardzo pozytywne recenzje filmu Johna Carneya zaczęłam nabierać coraz więcej podejrzeń pod jego adresem. No bo jak to tak, wszyscy jak jeden mąż twierdzą, że film jest bardzo dobry. Więc na przekór wszystkim przesłankom o tym, że powinnam zobaczyć film na dużym ekranie, ja uparcie film zignorowałam. No i teraz jest ta chwila, kiedy po raz kolejny zwracam Internetom honor, bo Begin Again i mnie urzekł swoją dobrą energią płynącą z każdej minuty jego trwania. 

Begin Again opowiada historię dwójki nieznajomych. Ona, młoda autorka tekstów piosenek, przyjechała do Nowego Jorku ze swoim chłopakiem, który podpisał kontrakt płytowy z dużą wytwórnią na wydanie albumu z piosenkami stworzonymi do filmu. Kiedy jej chłopaka wciągnął nowopoznany świat branży muzycznej, ona została sama w obcym mieście. Z kolei on jest producentem muzycznym, który nie potrafi dogadać się ze swoim wspólnikiem, bo on chce szukać i promować artystów, a nie tak jak jego wspólnik tworzyć kolejny „produkt”, przynoszący ogromne zyski. Do tego ma poważny problem z alkoholem, po tym jak rozpadło się jego małżeństwo. Tę dwójkę zagubionych ludzi w dość ciekawy sposób połączy oczywiście muzyka. 

poniedziałek, 18 maja 2015

Arrow, czyli serial o człowieku który połknął kij


Pozostając jeszcze na jeden wpis w klimatach komiksowych, postanowiłam napisać notkę o Arrow. W zeszłym tygodniu skończył się trzeci sezon tej jakże ambitnej produkcji i stwierdziłam, że to dobry moment by napisać o kilku uwagach jakie wpadły mi do głowy podczas oglądania serialu. A raczej jest ich więcej niż kilka, bo Arrow to dla mnie ten serial, który mnie bawi i przynosi ogrom rozrywki, ale w równym albo większym stopniu przyprawia o ból głowy i zgrzytanie zębami, gdy muszę być świadkiem ogromnej nieporadności scenarzystów. Serio, Arrow to jeden z tych seriali, przy którym facepalm nabiera nowego znaczenia, a raczej traktowanie go dosłownie nabiera nowego znaczenia. Bo ilość razy jaką podczas jednego odcinka trzeba by było bić się w czoło zbliża się do niebezpiecznej ilości, po której na pewno na czole zagościłby guz. Jednak ten brak logiki i absurdalna ilość absurdów nie przeszkadzała mi w radosnym obejrzeniu trzech sezonów Arrowa i paradoksalnie przyniosła mi naprawdę sporą ilość frajdy.


sobota, 16 maja 2015

Avengers: Age of Ultron, czyli i ja dołożę moje trzy grosze

Zapewne wszyscy fani filmów Marvela w zeszły weekend zawitali do kin na premierę nowiutkiego produktu od owego studia. Również prawie wszyscy blogerzy napisali co o filmie myślą, a ja jakoś nie mogłam się zebrać do tego wpisu. Przede wszystkim dlatego, że ja się na Avengersach dobrze bawiłam, trochę się pośmiałam, momentami bałam się o los głównych bohaterów, a czasami zbierałam żuchwę z podłogi. Ogólnie dostałam to czego od tego typu filmu oczekiwałam – całkiem niezłej rozrywki. Po powrocie z kina, będąc na takim lekkim „po-kinowym haju” zaczęłam przeglądać Internety i to był mój błąd. Zaczęłam czytać te wszelkie dyskusje, oskarżenia i próby obrony filmu i zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno byłam w kinie na tym samym filmie. Jako, że cały ten szum trochę mnie wnerwił, postanowiłam nic o Avengersach nie pisać, ale jak widać długo w tym postanowieniu nie wytrwałam. Więc oto moje trzy grosze do tematu.

W tej odsłonie przygód dobrze nam znanych superbohaterów, sami bohaterowie tworzą sobie wroga, a raczej robi to Stark na spółkę z Bannerem. Rozbudowują stary projekt dzięki berłu Lokiego, które znaleźli w kryjówce Hydry i tworzą sztuczną inteligencję Ultrona, który ma ochronić ludzkość przed najeźdźcami z kosmosu. Jak można się domyśleć nie wszystko idzie po ich myśli i Ultron się buntuje, bo według niego trzeba wyplenić ludzkość i sprawić by ewoluowała. W tej jakże światłej misji pomaga mu rodzeństwo mutantów.

W dalszej części tego nieporadnego wpisu znajdują się SPOILERY. Czytacie na własną odpowiedzialność.

niedziela, 10 maja 2015

Forever, czyli ten wpis pełen żalu i pretensji




Od tego tygodnia nie cierpię stacji ABC i chyba dużo wody w Wiśle upłynie zanim skuszę się na jakiś nowy serial tej stacji. A raczej poczekam i sprawdzę czy pożyje dłużej na antenie niż jeden sezon. Bo ja rozumiem, że Forever nie miało zabójczych statystyk oglądalności, ale miało sporą rzeszę wiernych fanów, których ujął urok serialu. Dlatego jest mi tak przykro, że serial nie dostał drugiej szansy, chociażby na krótszy drugi sezon, żeby zobaczyć co się stanie. A nóż widelec może okazałoby się, że jednak ten serial był wart inwestycji i odrobiny więcej czasu. Jak widać stacja ABC wolała dać kolejny sezon Castle, które swoje lata świetności ma jakieś trzy-cztery sezony za sobą. Tak więc ten wpis, to takie moje pożegnanie z serialem, który zdecydowanie umilił mi 22 wieczory mojego życia.



wtorek, 5 maja 2015

Death comes to Pemberley, czyli mogło być lepiej

Pozostając jeszcze w klimatach seriali kostiumowych chciałam napisać kilka słów o Death comes to Pemberley, mini-serialu który niestety nie zrobił na mnie zbyt dużego wrażenia. Może miałam zbyt duże oczekiwania, szczególnie patrząc na obsadę. Niestety Death comes to Pemberley okazał się dla mnie taką ładną wydmuszką. Bo pod względem wizualnym to jest wręcz śliczny serial, tylko trochę brakuje mu ikry i czegoś co przyciągnie uwagę widza i będzie ją trzymać do samego końca.

Akcja tego mini-serialu rozpoczyna się sześć lat po ślubie głównych bohaterów Dumy i Uprzedzenia. Lizzy i Darcy są szczęśliwym małżeństwem i wiodą wręcz sielankowe życie w Pemberley, jednak do czasu. W przeddzień corocznego balu dochodzi do serii dziwnych wydarzeń, których głównym bohaterem jest George Wickham. Mężczyzna jest jedynym podejrzanym w sprawie morderstwa swojego przyjaciela i zostaje postawiony w stan oskarżenia. Całe to zajście odbija się negatywnie również na państwie Darcy, którzy starają się pomóc Wickhamowi, ale przede wszystkim chcą poznać prawdę odnośnie wydarzeń minionej nocy. 

sobota, 2 maja 2015

Poldark, czyli 8 odcinków to za mało

BBC ma niesamowitą zdolność do znęcania się nad biednymi widzami. Tak, w końcu trzeba to powiedzieć głośno i wyraźnie (a przynajmniej napisać czarno na białym...). Bo jak inaczej interpretować fakty, które bezsprzecznie stwierdzają iż w około 90% przypadków, kiedy BBC bierze na warsztat jakąś historię i tworzy na jej podstawie serial, to ów serial jest ni mniej ni więcej, bardzo dobry. Jest tak dobry, że biedny widz nie ma innego wyjścia, jak z pełnym utęsknionego wyczekiwania sercem oczekiwać na kolejny odcinek swojego ulubionego serialu. Jednak nie to stanowi ów problem znęcania się nad widzem. Bo widz jest cierpliwy i spokojnie czeka, przeglądając przez sześć dni tumblr w poszukiwaniu ciekawych gifów, czy YT w poszukiwaniu kolejnych wywiadów z aktorami. Widz te sześć dni bez większego szwanku jest w stanie przeżyć. Znęcanie zaczyna się wtedy, kiedy okazuje się że serial ma bardzo mało odcinków, a na kolejny sezon trzeba 'długo' czekać. Dlaczego 'długo' a nie długo? Bo BBC ma swoją osobistą definicję tego słowa, które oznacza naprawdę długi odcinek czasu. Ale tak na poważnie, to Poldark skradł moje fanowskie serce, a do tego zakończył ostatni odcinek z takim przytupem, że czekanie na drugi sezon będzie swego rodzaju katorgą.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Aktorzy w teledyskach, czyli kto u kogo ostatnio zagrał

Dzisiejszy wpis będzie trochę z innej beczki z dwóch dość błahych powodów. Pierwszy powód to chęć przerwania blogowej monotonii. Nie da się ukryć, że ostatnio na blogu publikowałam w kółko recenzje jakichś filmów, albo seriali i szczerze mówiąc, miałam ochotę na napisanie czegoś innego. Po drugie zaś, w przeciągu ostatnich kilku tygodni moi promotorzy zawalili mnie nawałem pracy związanej z analizą danych i nie mam czasu obejrzeć niczego konkretnego, co trwałoby dłużej niż 50 minut, więc najzwyczajniej w świecie słucham muzyki. Słuchanie jednak w kółko tych samych piosenek jest dla mojego mózgu męczące i nużące, więc z pomocą przyszedł mi YT. Bo kto powiedział, że nie można słuchać przypadkowo wybranych playlist i przy okazji zerkać na lecące w tle teledyski? Jedno z takich zerkań zakończyło się dla mnie lekką traumą i chwilową utratą kontroli nad żuchwą, a przy okazji zainspirowało do stworzenia tego wpisu.

Nie od dziś wiadomo, że w teledyskach można zobaczyć znanych i lubianych aktorów, oraz mniej znanych, dla których zapewne zagranie w teledysku dostarcza trochę grosza. Jak również wiadomo, są teledyski lepsze i gorsze, dziwne i dziwniejsze. Są jednak też takie, przy których zastanawiamy się jaki desperacki akt zmusił aktora do zaangażowania się w ten właśnie konkretny projekt. Nie mam zamiaru być w tym wpisie złośliwa i nie będę wylewać na nikogo przysłowiowego wiadra pomyj. Po prostu stwierdziłam, że zrobię listę teledysków, dość nowych (chociaż okaże się pewnie, że owa nowość jest dla mnie pojęciem względnym), które akurat podczas słuchania przypadkowo wybieranych list na YT wpadły mi w oko i w ucho.

sobota, 25 kwietnia 2015

The Color of Money, czyli Fast Eddie Felson po raz drugi

Jeżeli myślicie, że moje chwilowe uwielbienie dla brytyjskich dram, sprawiło że zapomniałam o moim małym, długoterminowym wyzwaniu obejrzenia całej filmografii Paula Newmana, to jesteście w błędzie. Nie tak dawno udało mi się w końcu zobaczyć The Color of Money, film ciekawy z kilku względów. Po pierwsze jest to film, który opowiada dalsze losy głównego bohatera filmu Bilardzista, w którego to postać wcielał się wtedy Newman i którego zgodził się zagrać znowu, po 25 latach. Po drugie, jest to chyba jeden z mniej znanych i uznanych filmów Martina Scorsese. A po trzecie, jest to film, za który Newman dostał w końcu Nagrodę Akademii, ale szczerze mówiąc chyba należała mu się już wcześniej...

The Color of Money opowiada dalsze losy Eddiego Felsona, który porzucił grę w bilard oraz bilardowe oszustwa na rzecz prowadzenia własnego, uczciwego biznesu. Jednak pewnego dnia, kiedy Eddie widzi przy stole bilardowym młodego, zarozumiałego chłopaka - Vincenta, który pokonuje wszystkich po kolei, postanawia wrócić do życia które dawno porzucił. Staje się mentorem Vincenta i wraz z jego dziewczyną wyrusza w podróż po bilardowych zakątkach Stanów, przy okazji przypominając sobie swoje wzloty i upadki z czasów młodości.

środa, 15 kwietnia 2015

Hart of Dixie, czyli to już jest niestety koniec

Swoją przygodę na antenie stacji CW zakończył serial Hart of Dixie, który darzyłam dużą sympatią i zupełnie nie spodziewałam się, że krótki, bo składający się jedynie z 10 odcinków, sezon czwarty będzie też ostatnim. W praktyce zorientowałam się, że to koniec historii mieszkańców BlueBell kiedy włączyłam ostatni odcinek, który jest do bólu końcowy, jeżeli wiecie o co mi chodzi. Trochę szkoda mi tego serialu. Hart of Dixie nigdy nie było serialem wysokich lotów i wcale nie pretendowało do tego miana, ale jego siłą był ogrom pozytywnej energii jaki towarzyszył każdemu odcinkowi i chyba tego będzie mi najbardziej brakować.

Jeżeli czytając niemrawy wstęp tego wpisu zastanawiacie się, ale o jakim serialu ona pisze, to śpieszę donieść, że o uroczym, pełnym humoru i absurdu serialu. Pokrótce Hart of Dixie to serial o młodej pani chirurg z Nowego Jorku, która nie dostała pracy w nowojorskim szpitalu, bo nie traktowała ludzi jak ludzi, tylko jak przypadki medyczne. Przełożony każe jej przez jakiś czas popracować jako lekarz rodzinny, by nabrać empatii do swoich pacjentów. Zoe, bo tak brzmi imię głównej bohaterki, dziwnym trafem (bardzo lekko to ujmując) dziedziczy połowę prywatnej praktyki w małym miasteczku o wdzięcznej nazwie BlueBell w Alabamie. Dr Hart postanawia przewrócić swoje życie do góry nogami i wyjechać do Alabamy.

W dalszej części wpisu mogą się pojawić spoilery i narzekania na ostatni odcinek.

sobota, 11 kwietnia 2015

Still Alice, czyli o powolnym traceniu samego siebie

Nareszcie na ekrany polskich kin trafił film Still Alice. Film, na który czekałam od dłuższego czasu. Moje oczekiwanie stało się tym większe, kiedy Julianne Moore zgarnęła za swoją pierwszoplanową rolę w tym filmie chyba większość nagród filmowych jakie były do wygrania w tym sezonie. Jak w każdym tego typu przypadku, kiedy widzowi dane jest w końcu wyrobić sobie własne zdanie o danym filmie/roli i porównać swoją opinię z tym co sądziła Akademia, tak i w tym przypadku, w mojej głowie pojawiło się kilka argumentów za i kilka przeciw. Bo dla mnie ten film ma tyle samo plusów co minusów, chociaż jeden plus przeważa szalę, a jest nim rola Julianne Moore, która zgadzam się, że była warta Oscara. Ale po kolei.

Still Alice (czy jak woli polski dystrybutor Motyl Still Alice) opowiada historię pani profesor lingwistyki, u której w dość wczesnym wieku został zdiagnozowany Alzheimer. Szybko postępująca choroba przewraca życie Alice do góry nogami. Jednak nie tylko Alice boleśnie odczuwa skutki swojego Alzheimera, bo taka choroba, niestety genetyczna, odbija się na całej najbliższej rodzinie pani profesor.

środa, 8 kwietnia 2015

Dial M for Murder, czyli nadrabiam klasyki #7

Nadrabianie klasyków kina idzie mi na razie powoli. Może dlatego, że zamiast oglądać filmy, ostatnio oglądam seriale i brytyjskie dramy. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, a przynajmniej nadal będę starała utrzymywać się w tym przekonaniu. W ostatnim czasie udało mi się obejrzeć, dopiero drugi w mojej filmowej karierze, film Hitchcocka. Tak wiem, wstyd i hańba. Padło na M jak morderstwo, z bardzo prostej przyczyny – akurat leciało na TCM. Z filmami uznawanymi za klasyki kina, albo za filmy bardzo dobre, jest jeden, mały problem, który zaczyna się wtedy, kiedy w ów genialnym filmie, nie dostrzegamy tej genialności. Przez pierwsze dwadzieścia minut trwania M jak morderstwo obawiałam się, że ten problem dopadł w końcu i mnie i niestety tym razem wybrałam „zły” film. Na szczęście okazało się, że trzeba było trochę poczekać by akcja się rozkręciła i żeby zaczęło się robić ciekawie.

Tony Wendice, były tenisista, postanawia zamordować swoją bogatą żonę Margot. Mężczyzna stworzył plan zbrodni idealnej, który od dłuższego czasu powoli zaczął wcielać w życie. Ostatni akt wymagał również idealnych okoliczności, które nadarzyły się, gdy do miasta przyjechał były kochanek Margot. Kiedy jednak plan zbrodni idealnej, okazał się być nie tak idealny jak jego autor sobie założył, rozpoczęła się gra polegająca na wcieleniu w życie idealnego planu awaryjnego, wymyślonego na potrzebę zaistniałych okoliczności.

niedziela, 29 marca 2015

BBC North & South, czyli nie ma to jak genialna, brytyjska drama

Moim najgorszym błędem ostatnich dni było obejrzenie trzech odcinków Poldark. Zamiast grzecznie poczekać, aż światło dzienne ujrzą wszystkie odcinki, to ja uległam pokusie i obejrzałam najnowszą brytyjską dramę, a raczej jej trzy odcinki i znalazłam się w tym okropnym stanie oczekiwania na nowy odcinek. Przy okazji w moim fanowskim serduchu narodziła się ogromna potrzeba oglądania brytyjskich produkcji kostiumowych, czyli jak ja lubię je zwać brytyjskich dram. Na pierwszy ogień poszło Północ Południe, nad którym wszyscy się zachwycali, a ja jakoś do tej pory skutecznie je ignorowałam. Jak się po raz kolejny okazało, jeżeli całe Internety krzyczą, że coś jest dobre, to musi być dobre. A North & South jest ni mniej ni więcej genialne.

Produkcja stacji BBC jest ekranizacją powieści Elizabeth Gaskell pod tym samym tytułem. Margaret Hale i jej rodzina są zmuszeni porzucić sielankowe życie w południowej – rolniczej części Anglii i przeprowadzić się do słynącego z przemysłu bawełniczego Milton, leżącego na północy. Margaret musi zmierzyć się z życiem daleko od ukochanego domu i przystosować się do zwyczajów panujących w Milton. Nie jest to łatwe, szczególnie gdy na własne oczy widzi skutki rewolucji przemysłowej - tego jak żyją biedni, a jak panowie, tacy jak John Thornton, którego dziewczyna nie darzy zbyt dużą sympatią.

czwartek, 26 marca 2015

Big A reveal, czyli w końcu wiadomo kto jest A



Pretty Little Liars to serial, na który się złoszczę i z którego się nabijam, by potem siąść i w kilkanaście dni nadrobić cały sezon. Gdybym miała czekać tydzień na kolejny odcinek, to na pewno nie dałabym rady. Z prostej przyczyny. Ten serial nie jest wart czekania. Może kiedyś, podczas pierwszych trzech sezonów, można było czekać tygodniami na nowy odcinek, bo każdy odcinek był ciekawy i coś w miarę „sensownego” się w nim działo („sensownego”, bo ten serial ma swoją definicję sensowności), to ostatnie dwa sezony utwierdziły mnie w przekonaniu, że scenarzyści kompletnie nie wiedzą co zrobić z historią czwórki nastolatek dręczonych przez tajemnicze „A”. Mimo to, spodziewałam się, że tak promowany ostatni odcinek piątego sezonu przyniesie trochę odpowiedzi, rozwiązań i sprawi, że będę musiała zbierać żuchwę z podłogi. A jak było? Dalej oczywiście spoilery odnośnie tego kim jest A.


niedziela, 22 marca 2015

Kingsman: The Secret Service, czyli o trudach pracy krawców jej królewskiej mości

Trzeba przyznać, że na Kingsman do kina trafiłam trochę przypadkowo. Otóż zdarza mi się czasami usiąść i „zmarnować” kilkadziesiąt minut mojego życia na oglądanie zwiastunów. W ten oto prosty sposób dowiedziałam się, że Matthew Vaughn nakręcił nowy film i że ów film zapowiada się być kawałkiem całkiem niezłej rozrywki. Do tego jest przyjemną alternatywą dla tych, których niekoniecznie ciągnęło w Walentynki do kina na Greya (tak, piszę o filmie z miesięcznym opóźnieniem, ale kto blogerowi zabroni?). Co zaś w tym wszystkim jest najlepsze, to że film naprawdę okazał się być sprawnie zrealizowanym kinem akcji z ogromną dozą mocno trafionego humoru i jedynie odrobiną humoru, który niektórzy (w tym i ja) mogli uznać za przekraczający granicę dobrego smaku. Na szczęście owe niewypały nie zepsuły mi seansu, zresztą kiedy Colin Firth wygląda tak świetnie w idealnie skrojonym garniturze, to na niektóre rzeczy można przymknąć oko, ale po kolei.

Film Vaughna, bazujący na komiksach Marka Millara, opowiada historię młodego chłopaka, który zostaje zwerbowany do programu treningowego szpiegowskiej agencji. Mentorem Eggsy'iego zostaje doświadczony agent Harry Hart, który niegdyś znał ojca młodzieńca. Kiedy młodzi adepci przechodzili mordercze treningi, reszta agentów musiała stawić czoła geniuszowi, który chciał zdobyć władzę nad światem. Chcąc nie chcąc młodzi agenci, również musieli stanąć do walki w obronie świata.

czwartek, 19 marca 2015

Butch Cassidy and the Sundance Kid, czyli świetne kino w wyśmienitej obsadzie

(źródło)
Już jakiś czas temu postanowiłam sobie, że w ramach takiego mojego osobistego wyzwania postaram się obejrzeć wszystkie filmy z Paulem Newmanem. Na razie idzie mi ta sztuka powoli, bo niektóre filmy ciężko jest znaleźć, ale jak się okazuje otaczają mnie dobre dusze, które potrafią słuchać i tym samym sprawiać najlepsze prezenty urodzinowe. Bo czy może być coś lepszego, niż otrzymanie w ramach prezentu urodzinowego filmu, który już od dość długiego czasu chciało się obejrzeć? Oczywiście, że może być – kiedy ów film okazuje się być świetnym filmem. Bo Butch Cassidy and the Sundance Kid, o którym mowa, to film bardzo dobry pod każdym względem – reżyserii, scenariusza i przede wszystkim aktorstwa. A do tego kryje w sobie uroczą niespodziankę w postaci piosenki, której w życiu nie spodziewałabym się usłyszeć w westernie.

środa, 18 marca 2015

La belle et la bête, czyli Piękna i Bestia raz jeszcze

W kinach od kilku dni można oglądać filmową wersję Kopciuszka w reżyserii Kennetha Branagh, na której to seans muszę w końcu znaleźć czas, za to w ramach kurowania się i nie wyścibiania nosa na dwór (zrobiło się słonecznie, więc jestem chora, czyli norma w moim wykonaniu), postanowiłam obejrzeć filmową wersję innej baśni. Mowa tutaj oczywiście o Pięknej i Bestii w wydaniu francuskim, która wyszła spod ręki Christophe Gansa, odpowiedzialnego za bardzo lubiane przeze mnie Braterstwo wilków. Niestety najnowszy film francuskiego reżysera, to piękne, drogie kino (budżet filmu wyniósł około 30 mln euro!), któremu brakuje niestety porządnego scenariusza, stąd piękne, bajkowe krajobrazy przez lwią część seansu wieją przeogromną nudą.

La belle et la bête bazuje na znanej francuskiej baśni ludowej, którą większa część widzów kojarzy z animowanego filmu Disneya z 1991 roku. W filmie Gansa Belle jest skromną córką, bogatego kupca, który traci swój majątek, gdy jego trzy statki z towarem giną podczas sztormu. Cała rodzina zmuszona jest przenieść się na wieś i tam wieść życie pozbawione wszelkich luksusów. Okazuje się jednak, że jeden ze statków przetrwał sztorm i rodzina Belle może wróci na salony i do życia w wygodzie. Kiedy kupiec wraca z miasta, gdzie szukał informacji o swoim statku, w czasie zamieci trafia do pięknego zamku, gdzie zostaje godnie przyjęty w gościnę i obdarowany. Wśród darów znajdują się drogie suknie i biżuteria, o którą prosiły kupca jego dwie córki, które miały nadzieję na to, że odnaleziony statek zwróci im ich utracone bogactwo. Niestety wśród podarków nie było róży, o którą prosiła ojca Belle. Kupiec widząc piękny ogród swego darczyńcy, postanawia zerwać jedną różę. Okazuje się, że było to bardzo złe posunięcie, bo kupiec staje oko, w oko z panem pięknego zamku – z Bestią. Karą za kradzież róży, ma być życie kupca, Belle postanawia jednak poświęcić swoje życie zamiast ojca.