UWAGA SPOJLERY!!!
Na początek krótka uwaga. Wiedziałam, że w siódmym sezonie
coś się stanie z Pondami, nie wiedziałam dokładnie co, ale można było się
domyśleć, że przestaną być towarzyszami Doctora. Z tą wiedzą, wpadła mi do
głowy myśl, że skoro stanie się coś niezbyt dobrego w ostatnim z dotychczas
wyemitowanych odcinków, to pominę odcinek świąteczny, żeby obejrzeć go potem na
pocieszenie. Niestety miało to dokładnie odwrotny efekt. Odcinek świąteczny był
średni, zdecydowanie „The Christmas Carol” podobał mi się bardziej, ale
końcówka odcinka była niesłychanie nie do zniesienia kiedy posiadało się wiedzę
na temat wydarzeń z piątego odcinka siódmego sezonu. Dlatego lepiej ten odcinek
obejrzeć w kolejności chronologicznej, albo przygotować sobie chusteczki na
otarcie łez.
”Asylum of the Daleks” by Steven Moffat
Zazwyczaj pojawienie się Daleków traktuję z lekkim
przymrużeniem oka i lekkim grymasem na twarzy, bo to nie są moi ulubieni „źli”.
Tutaj jednak scenariusz został tak stworzony, że wcale, ale to wcale mnie nie
irytowali, a po raz pierwszy mnie zaintrygowali. Otóż chyba po raz pierwszy
Dalekowie nie chcą walczyć z Doctorem, a proszą go o pomoc (na swój własny
sposób proszą). Przy okazji kompletują Doctorowi ekipę, czyli ściągają na
pokład swojego statku kosmicznego Pondów, bo jak mówią akta Daleków, Doctor
zawsze podróżuje w towarzystwie. I tak o to nasza stara ekipa ma uratować
planetę – składowisko wybrakowanych Daleków, przed kimś kto puszcza dziwną
muzykę stamtąd i wyłączyć zabezpieczenia, które nie pozwalają zniszczyć owej
planety.
Odcinek jest ciekawy, ale najciekawsza z tego wszystkiego
jest historia dziewczyny, która rozbiła się statkiem kosmicznym na tej planecie
i była całkowicie nieświadoma tego, że w powietrzu znajdują się miliony
bakterii, które w krótkim czasie przemienią ją w kukłę Daleków. Brzmi to
przerażająco i chyba po raz pierwszy doceniłam złowieszczość Daleków. Bardzo
smutne jest rozwiązanie całej sprawy z ową dziewczyną, a ciekawostką może być
to, że aktorka ta zagra kolejną towarzyszkę Doctora, czyli co znowu Moffat
wymyślił?
Nie mogę zapomnieć o małżeństwie Pondów, w których życiu
zaczęło się dziać niedobrze (po takich przeżyciach na pokładzie Tardis chyba
każdy by potrzebował chwili oddechu i trochę czasu by przyzwyczaić się do
normalnego życia). Na szczęście ich przyjacielem jest Doctor, a on nie potrafi
siedzieć bezczynnie kiedy widzi, jak jego towarzysze – przyjaciele są
nieszczęśliwi.
![]() |
Tą panią jeszcze zobaczymy, tylko czy w tej samej roli? Co jest trochę niemożliwe, ale Doctor uczy, że wszystko jest możliwe... |
“Dinosaurs on a Spaceship” by Chris Chibnall
Czyli zazdroszczę panu scenarzyście tak bogatej wyobraźni,
bo nigdy bym nie wpadła na pomysł dinozaurów w kosmosie, a co dopiero
pojawienia się w jednym odcinku wcześniej wspomnianych dinozaurów, Kleopatry i
łowcy dzikich zwierząt na pokładzie jednego statku kosmicznego. Ale jako, że
serial ten rządzi się trochę odmiennymi prawami niż wszystkie inne, to mamy
tutaj wszystkie te postaci, a do tego przesympatycznego łowcę gra Rupert Graves
(Lestrade!), czego więcej potrzeba widzowi do szczęścia?
Ale jak to się stało, że znaleźli się oni w tym samym
miejscu i czasie? Cóż odpowiedź jest bardzo prosta. W stronę Ziemi zmierza
statek kosmiczny, z którym ludzie odpowiedzialni za ochronę Ziemi przed
kosmitami i wszelkim zagrożeniem z kosmosu, nie mogą nawiązać kontaktu. Jako,
że statek ma zamiar przebić ziemską atmosferę, a ‘ochroniarze’ nie mogą na to
pozwolić, jak w każdym takim przypadku wdrażają oni odpowiednie procedury,
czyli nakierowują na owy statek rakiety. Wcześniej jednak proszą o pomoc
Doctora, który to oczywiście się zgadza pomóc, ale przecież nie może ratować
Ziemi sam. Byłoby to nudne i co to by była za przygoda bez przyjaciół u boku.
Dlatego Doctor postanawia skompletować sobie ekipę, oczywiście nie byle jaką. W
jej składzie znalazła się Kleopatra, John Riddell – łowca i poszukiwacz
przygód, Pondowie i przez przypadek ojciec Roryego. Nasi bohaterowie docierają
na statek, ale nie wiedzą co stało się z jego mieszkańcami, kto go przejął i
dlaczego biegają po nim dinozaury?
To chyba jeden z tych odcinków, do których się wraca żeby
siedzieć przez 45minut z głupkowatym uśmiechem na twarzy. No bo ile razy
widzieliście dinozaury na pokładzie statku kosmicznego? Ekipa jaką skompletował
sobie Doctor, to chyba najlepsza ekipa jaka mogła powstać. Kleopatra, królowa
Egiptu, kobieta władcza, która wie co chce, to byłaby ciekawa odmiana gdyby
została na stałe towarzyszką Doctora, albo chociaż na jeden odcinek. Wyniknęłyby
z tego na pewno ciekawe historie. John Riddell, poszukiwacz przygód I łowca,
który ciągle flirtował z Kleopatrą i przede wszystkim nie bał się podejmować
ryzyko, to również miła odmiana od Pondów. Przede wszystkim postać ta zarażała
energią od samego patrzenia na nią, aż sami chcielibyśmy stanąć u jego boku by
stawić czoła dinozaurom. Bardzo spodobało mi się również wprowadzenie ojca
Roryego do opowiadanej historii. Doctor oburzony, na biednego mężczyznę, że
podstępem wtargnął na pokład Tardis, gdy to Doctor przez przypadek, w pośpiechu
sam go tam zabrał, to świetnie zagrana scena. Zresztą cały odcinek pod względem
scenariusza, gry aktorskiej i strony wizualnej udał się twórcom genialnie. No i
mamy tu moją ulubioną końcówkę, czyli kto by nie chciał zjeść śniadania siedząc
na progu Tardis unoszącej się powoli w przestrzeni kosmicznej?
![]() |
Ludzie mają psy czy koty, Władcy Czasu zaś triceratopsy. |
“A Town Called Mercy” by Toby Whithouse
Odcinek podobał mi się średnio, może dlatego, że nie
przepadam za westernami i wszystkim tym, co wiąże się z opowieściami o
kowbojach. Jednak opowiedziana historia ratuje się sama i w ostatecznym rozrachunku
cały odcinek wychodzi na plus.
Doctor i Pondowie trafiają do małego miasteczka o nazwie
Mercy. Okazuje się, że jest ono terroryzowane przez cyborga-kowboja, który
szuka sprawiedliwości i chce ją wymierzyć doktorowi, który przybył tu z
kosmosu. Oczywiście następuje pomyłka i mieszkańcy chcą wydać temu zabójcy
Doctora, na szczęście szeryf miasteczka na to nie pozwala. Okazuje się, że
cyborgowi chodzi o innego doktora, doktora który chcąc bronić swoją planetę w
czasie wojny, stworzył armię takich cyborgów krzywdząc przy tym wiele istot. Ów
zbrodniarz wojenny nigdy nie odpowiedział za popełnione zbrodnie, a ze swojej
planety uciekł. Jedyna konsekwencja jego czynów to dręczące wyrzuty sumienia. Doktor
sam wymierzył sobie karę przybywając do miasteczka Mercy i obierając sobie za
cel pomoc tutejszym mieszkańcom. Według cyborga nie jest to jednak kara
dostateczna.
Odcinek porusza tu dość poważne tematy, które w jakimś
stopniu odnoszą się również do Doctora. Jak zwykle w takich sytuacjach muszą
zginąć osoby, które starały się postępować słusznie i dawać przykład innym, a
ich śmierć potrzebna była by zmusić Doctora by jeszcze raz przeanalizował całą
sytuację i znalazł jedyne, słuszne wyjście z całej sytuacji. Mimo tego, że
odcinek utrzymany był w dość poważnym tonie, to nie zabrakło w nim miejsca na
parę gagów i trochę hermetycznego humoru, czyli tego co fani Doctora lubią
najbardziej.
![]() |
Czyli Doctor w najwyższej formie. |
“The Power of Three”
by Chris Chibnall
Cały świat jest w niebezpieczeństwie, gdyż ktoś próbuje nim
zawładnąć i jest to nie byle kto, a raczej co. W procesie powolnej inwazji
władzę nad Ziemią chcą przejąć czarne sześciany. Wydaje się to wam głupie?
Niestety nie jest to głupie, a raczej pokazuje ludzką naturę i to, jak łatwo
potrafimy się przyzwyczajać do różnych rzeczy. Ale od początku. Na całym
świecie pojawiają się małe, czarne sześciany. Są dosłownie wszędzie, w każdym
kraju, na każdej ulicy. Jednak po dokładnym zbadaniu sześcianów i zorientowaniu
się, że nie robią one nikomu krzywdy (na razie), ludzie postanowili że staną się
one częścią ich życia. Sześciany więc znalazły się w domach, szpitalach,
restauracjach, biurach itd. stając się jednym z elementów codzienności. Nikt
jednak nie wiedział, że sześciany tylko czekały na odpowiedni moment by
przeskanować wszystko to, co znajduje się dookoła nich, poznać swojego wroga –
ludzi, ich słabe i mocne strony, by w rezultacie przejąć kontrolę nad światem.
Odcinek mi się bardzo podobał, szczególnie Matt Smith ma
ogromne pole do popisu. Jak wiadomo Doctor musi coś robić, musi działać inaczej
ogarnia go nuda, dlatego siedzenie w domu Pondów i obserwowanie sześcianów 24/7
było dla niego katorgą. Na szczęście ludzkość wymyśliła parę niezłych zabijaczy
czasu jak np.: piłkę nożną czy Wii. Genialną sceną (taką, którą zapewne będę
puszczać na poprawę humoru) jest scena w szpitalu kiedy Doctorowi powoli przestają
pracować serca, jednak Amy bierze sprawy w swoje ręce i go reanimuje. Ważnym
momentem odcinka jest rozmowa Doctora z ojcem Roryego. Pan Williams zauważa
niezwykle oczywistą, ale jak ważną rzecz, a mianowicie stwierdza on fakt, że
Doctor nie potrafi żyć bez Pondów, a Pondowie nie potrafią przyzwyczaić się do
życia bez Doctora. Po wszystkich przygodach jakie razem przeżyli, Amy i Rory
nie są tylko towarzyszami Doctora, stali się jego przyjaciółmi, a tym samym
częścią jego życia. Tak samo jak Doctor chciał by z nim podróżowali, tak samo
oni chcą by Doctor stał się częścią ich ziemskiego życia.
![]() |
To nie może zwiastować nic dobrego... |
“The Angels Take
Manhattan” by Steven Moffat
Odcinek ten rozpoczyna się jak przysłowiowa cisza przed
burzą. Nasi bohaterowie spokojnie odpoczywają sobie w Central Parku, Amy czyta
gazetę (czy okulary na nosie Karen Gillan to okulary Matta Smitha z Bert&Dickie?), a
Doctor czyta na głos kryminał. Wszystko wygląda jak zwykły dzień, zwykłych
ludzi, ale jako że Amy i Rory zwykłymi ludźmi nie są, a Doctor w ogóle
człowiekiem nie jest, to na pewno ten dzień nie może się skończyć dobrze. Niestety
okazuje się, że kryminał, który czyta Doctor ma jakiś związek z River, a River
to zazwyczaj kłopoty. Wszystko co ktoś przeczyta ze stronic owego kryminału
musi się zdarzyć w rzeczywistości. Jakby tego było mało, na Manhattanie
pojawiają się nieproszeni goście, Płaczące Anioły, czyli najbardziej
przerażające stwory z uniwersum Doctora. Czy wspomniałam, że w międzyczasie
Rory gdzieś zniknął, a skoro pan Pond znika, to w ślad za nim podąża ekipa
ratunkowa w składzie Doctor i Amy.
Odcinek ogląda się dobrze, wręcz bardzo dobrze, ale cały
czas w naszej podświadomości kłębią się myśli, że nie ważne jak bardzo chcemy
by wszystko skończyło się jak w bajce „i żyli długo i szczęśliwie”, to niestety
musi nastąpić nieuchronne – Pondowie zakończą swoją przygodę z Doctorem.
Najgorsza w tym wszystkim była jednak nadzieja (Moffat!), że jednak doczekamy
się szczęśliwego zakończenia. Czyli paradoks zadziała, Amy i Rory przeżyją skok
z dachu, a Doctor pomacha im na dowidzenia odlatując swoją Tardis. Niestety tak
się nie stało, zamiast łzawych pożegnań, dostaliśmy łkającego Doctora nad
grobem państwa Williams. I mimo, że jest mi nadal smutno, że to koniec przygód
Amy i Roryego to muszę przyznać, że to jeden z najlepszych odcinków z ich
udziałem. Przede wszystkim mogliśmy zobaczyć jak bardzo dojrzeli od momentu
kiedy Doctor zaprosił ich oboje na pokład Tardis i jak ich miłość przetrwała te
wszystkie próby, nawet tę ostateczną próbę, którą postawiły przed nimi Anioły.
Bo już od dłuższego czasu wiadomo, że jak jest Amy to musi być Rory i na
odwrót. Jedno wiem na pewno, że jako iż oglądam Doctora w nie chronologicznej
kolejności, to Amy Pond i Pondowie ogólnie byli pierwszymi towarzyszami Doctora
jakich widziałam i pozostaną moimi ulubionymi towarzyszami Władcy Czasu.
Pondowie zakończyli swoją przygodę z Doctorem. Teraz czekam na nowy świąteczny odcinek i nową towarzyszkę Doctora. A tak...
![]() |
Żegnajcie Pondowie... |
no way.
OdpowiedzUsuńkoniec Pondów to cios prosto w serce. zadany od strony pleców. nie. nieeee
Jeden z niewielu odcinków Doctora przy którym ciężko było nie uronić łzy :(
Usuń