niedziela, 29 grudnia 2013

I will always remember when the Doctor was me, czyli żegnaj 11-ty

Wiem, że The Time of The Doctor miało swoją premierę kilka dni temu i wiem, że moja systematyczność w prowadzeniu bloga stała się jedynie moim pobożnym życzeniem, ale to nie był dobry czas, a do tego nie lubię pożegnań. BBC ma tę cudowną zdolność, że gdy człowiek nie ma siły ruszyć ani ręką ani nogą, to sprawi, że już w ogóle człowiek przestanie wykazywać jakiekolwiek oznaki życia. 11-ty Doctor był moim Doctorem i wiedziałam, że to pożegnanie nie zakończy się bez łez, ale nie wiedziałam, że wprowadzi mnie w swego rodzaju marazm, który nie pozwoli mi wyklepać na klawiaturze chociaż kilku słów. Cóż, jeżeli się prowadzi bloga powinno się o danej rzeczy pisać wtedy, kiedy jest na czasie. Mi się ta sztuka nie udaje, ale grunt, że w ogóle piszę i lubię to. Dlatego dzisiejsza notka jest jedynie symboliczna (i pełna spojlerów), bo nie mam siły napisać Matt'owi ładnego pożegnania, bo nie jestem w tym dobra, zrobili to za mnie inni i to dużo lepiej.

niedziela, 8 grudnia 2013

Piękna historia w przepięknej oprawie, czyli garść zachwytów nad „The Fall”

Rzadko trafia się na filmy, które sprawiają że przez długi czas nie można o nich zapomnieć. Zmuszają widza do refleksji czy też zachwytów nawet kilka dni po seansie. W takich przypadkach lubię czytać o tym gdzie realizowany był film, szukać ciekawostek z planu i co jest oczywiste obejrzeć wszelkie dostępne wywiady z twórcami i aktorami. Może to tylko ja tak mam, może cierpię na jakąś filmową nerwicę natręctw, a może to całkowicie normalne. Wolę nie wnikać. Wiem tylko, że ostatnio dopadł mnie ten dziwny stan ducha po obejrzeniu The Fall Tarsema. Bardzo długo zbierałam się do tego by zapoznać się z tym wizualnym majstersztykiem i w końcu zobaczyć Lee Pace w większej roli i zrozumieć te liczne zachwyty Zwierza popkulturalnego pod jego adresem. Jak się okazało The Fall to nie tylko piękne wizualnie kino, ale też piękna, wzruszająca historia opowiedziana w bardzo prosty, ale jakże trafny sposób.

Akcja The Fall rozgrywa się w latach 20. ubiegłego wieku w Los Angeles. Film opowiada historię młodego kaskadera filmowego, który podczas kręcenia jednej ze scen ulega wypadkowi. Niestety nie tylko nogi kaskadera mocno ucierpiały, ale także jego serce zostało złamane kiedy jego ukochana padła w ramiona aktora. Załamany mężczyzna chce odebrać sobie życie, jednak w jego obecnym stanie nie jest to możliwe. Do zdobycia tabletek kaskader chce wykorzystać małą pacjentkę szpitala, w którym przebywają. Opowiadając jej bajkową historię chce sprawić by ta była jak bandyta z opowieści i przyniosła to czego tak bardzo pragnął.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

10 ulubionych scen filmowych w ramach świętowania 100 notki

Jak to mówią każda okazja jest dobra do świętowania. Nigdy nie pomyślałam, że ten blog przetrwa tak długo i doczeka się setnego wpisu. Niestety cierpię na przypadłość chronicznego słomianego zapału (szkoda, że na to nie ma lekarstwa) i czasami w ferworze innych zajęć, z założenia ważniejszych niż prowadzenie bloga (ach to studiowanie...) o blogowaniu jest łatwo zapomnieć, a raczej powoli się od niego odzwyczajać i co najgorsze oduczać. A jak wiadomo brak systematyczności równa się brakowi chęci do czegokolwiek kiedy na głowę spada wiele obowiązków. Ale dziś nie czas na narzekanie, a na świętowanie. Pomyślałam, że zwykła recenzja jako setny wpis byłaby nudna, dlatego postanowiłam przeszperać zakamarki pamięci i przypomnieć sobie moje ulubione sceny filmowe. Jak to zazwyczaj w takich rankingach bywa przy wyborze towarzyszyły mi pewne kryteria. Po pierwsze owe sceny pochodzą z filmów które bardzo lubię, co nie znaczy że są to arcydzieła światowej kinematografii, niektórzy mogli już zauważyć, że z moim gustem czasami bywa średnio. Po drugie są to takie sceny, które kiedy usłyszę tytuł filmu od razu przychodzą na myśl, a to oznacza, że zapewne musiały zrobić na mnie duże wrażenie. Może uderzyły w mój czuły punkt, poruszyły jakąś wrażliwą strunę, bądź też sprawiły, że kiedy jest mi smutno lubię je obejrzeć dla poprawy humoru. To nie są wszystkie moje ulubione sceny, ale musiałam się ograniczyć. Miłego czytania, a może przypominania. Chętnie poznam Wasze ulubione sceny filmowe.

Nawet Doctor się ucieszył i zatańczył z tej okazji ;)

Wpis dedykuję mojej kochanej rodzicielce, która zaszczepiła we mnie miłość do filmu i wspiera mnie nawet kiedy uprę się robić coś tak dziwnego jak np. prowadzenie bloga... Dziękuję Ci za to :)


Jak w każdym tego typu wpisie i w tym mogą pojawić się spojlery, niewielkie, do fabuły niżej wymienionych filmów.

sobota, 30 listopada 2013

Wiedz kto jest Twoim wrogiem, czyli znakomite The Hunger Games: Catching Fire

Tak się jakoś złożyło, że zamiast trafić do kina na premierę The Hunger Games: Catching Fire, dotarłam na nie prawie tydzień później, co niezwykle mnie bolało. Po tym zdaniu można wywnioskować, że jestem fanką prozy Suzanne Collins, niestety będzie to błędne stwierdzenie. Owszem książki połknęłam w kilka dni, ale uniknęłam tego fanowskiego szału. Może dlatego, że proza ta nie poruszyła mnie tak jak innych, albo po prostu dlatego, że po owe książki sięgnęłam dużo wcześniej niż moi znajomi i kiedy im je wtedy polecałam, oni tylko kręcili nosem. Jak to więc często bywa, kiedy nie ma się z kim dzielić swoją fanowską radością, przeminęła gdzieś ona na długo przed pierwszym filmem i nie powróciła po jego seansie. Druga część nie sprawiła, że chcę odświeżyć książki, ale była znakomita i z tego prostego powodu zamiast czytać jeszcze raz książkę, zdecydowanie bardziej wolę obejrzeć jeszcze raz film. Jest ku temu jeszcze jeden prosty powód, otóż The Hunger Games: Catching Fire zalicza się do tego jakże nielicznego grona filmów, które są bardzo wierną ekranizacją książki, a do tego są od niej w jakimś, chociaż niewielkim stopniu lepsze.

Nie widzę sensu przytaczania fabuły filmu, gdyż Ci, którzy znają prozę Suzanne Collins dokładnie wiedzą czego mogą się po filmie spodziewać, pozostali zaś, którzy nie lubią spojlerów niech dalej nie czytają. A najlepiej niech przeczytają książki i dopiero wybiorą się do kina (a potem ewentualnie tu wrócą ;) ), bo wydaje mi się, że film ma dużo większy wydźwięk dla tych którzy znają fabułę, pozostałych może zostawić ze swego rodzaju pustką... Jeszcze raz ostrzegam przed nawałem spojlerów.

niedziela, 24 listopada 2013

Odcinek pełen wzruszeń, czyli 50 lat Doctora

Ostatni wpis wyszedł długi, ten za to długi nie będzie, bo i nie powinien taki być. Dlaczego? Ponieważ jeżeli chodzi o Doctora, to jestem laikiem. Jedyne odcinki (sezony) Doctora Who jakie widziałam, to te w których Doctorem jest Matt Smith. I to on jest moim Doctorem, bo i jedynym jakiego tak naprawdę poznałam, a raczej zdecydowałam się poznać. Dlatego też z jednej strony wydaje mi się, że jubileuszowy odcinek nie był przeznaczony dla mnie, z drugiej zaś strony przyniósł mi tyle emocji i przypomniał dlaczego tak uwielbiam ten serial, że postanowiłam iż dorzucę swoje trzy grosze. Oczywiście nad wpisem czuwa River Song, czyli dalej są jej ukochane spojlery...

środa, 20 listopada 2013

Pomieszanie z poplątaniem, czyli słów kilka o "Reign"

Ostatnio niestety doszłam do dość przykrego wniosku, a mianowicie że im serial jest głupszy tym bardziej mi się podoba. Bo już na wstępie chcę zaznaczyć, iż jestem świadoma iż Reign to serial niskich lotów, który z historią ma tyle wspólnego co ja z baletem, a co za tym idzie przekręca wszystko począwszy od faktów historycznych, przez obyczaje po modę. Do tego bohaterowie mówią jak współcześni nastolatkowie, zachowują się jak współcześni nastolatkowie i mają podejście do życia bardzo zbliżone do współczesnych amerykańskich nastolatków. Ogólnie gdyby ktoś zamienił aktorom kostiumy i osadził akcję w innym niż renesansowy zamek miejscu, to byłby to po prostu serial o współczesnych amerykańskich nastolatkach, taka wariacja na temat zakończonego w tym roku Gossip Girl. Ale wiecie co? Mi te dziwne, wydumane realia wcale nie przeszkadzają, bo Reign to chyba jedyna propozycja w tym serialowym sezonie, która mogłaby załatać lukę po wyżej wspomnianej Plotkarze, która jakby nie było, była jednym z moich ulubionych guilty pleasures.

Główną bohaterką Reign jest Maria I Stuart, królowa Szkocji, która przybywa do Francji by dopełnić jednego z postanowień traktatu zawartego kilka (kilkanaście?) lat wcześniej między Szkocją, a Francją, czyli by poślubić Francisa, delfina Francji. Do ślubu jednak nie dojdzie zbyt prędko, gdyż w obecnej chwili nie jest on korzystny dla Francji. Maria jednak zostaje na dworze francuskim ponieważ powrót do ojczyzny jest niezwykle niebezpieczny - na jej życie czyhają Anglicy, którzy chcą opanować Szkocję. I jak mniemam tu kończy się historyczna poprawność, a zaczyna wyobraźnia twórców serialu.

środa, 13 listopada 2013

Nie ma to jak rollercoaster, czyli ochy i achy nad Thor: The Dark World

Udało mi się w końcu wybrać na drugą odsłonę przygód mojego ulubionego nordyckiego boga i jego równie ulubionego przybranego brata i muszę stwierdzić, że po wyjściu z kina towarzyszyło mi to jakże rzadko doznawane uczucie euforii po obejrzanym filmie, czyli „ja chcę jeszcze raz!”. Gdyby dwa lata temu ktoś mi powiedział, że będę taką entuzjastką filmów o superbohaterach, to szczerze mówiąc zapewne bym go wyśmiała. Nie wiem dlaczego, ale filmy te mają w sobie tyle pozytywnej energii, że od razu chciałoby się obejrzeć kolejny. Muszę też przyznać, że dzięki tym filmom coraz bardziej przekonuję się do nielubianej technologii 3D, a raczej dochodzę do jakże prostego wniosku, że gdy film jest dobry, to i 3D nie przeszkadza i nie przyprawia o ból głowy. Ale dziś nie o 3D, a o Thorze 2.

Jak niektórzy wiedzą, po tym jak Loki trochę narozrabiał w Nowym Jorku, jego kochany brat Thor zabrał go z powrotem do Asgardu, gdzie Odyn wtrącił swego przybranego syna do lochu (trzeba przyznać, że całkiem porządnego lochu). Dwa lata mijają, pokój zapanował we wszystkich dziewięciu królestwach, jednak Thor nie potrafi się z tego cieszyć, gdyż tęskni za pewną panią astrofizyk, niejaką Jane Foster. Kobieta nie przestaje szukać swego ukochanego i tak natyka się na mityczny eter, czyli coś strasznego, przy pomocy czego Mroczne Elfy chciały przejąć władzę i sprawić by we wszechświecie zapanował mrok. Odkrycie Jane zapoczątkowuje serię niefortunnych zdarzeń, a co za tym idzie, na scenę wkracza „ten zły”. Zdesperowany Thor będzie musiał prosić o pomoc osobę, która znajdowała się raczej na samym końcu listy telefonów do przyjaciela, a mianowicie Loki'ego.

sobota, 9 listopada 2013

Dlaczego?, czyli garść narzekań na filmową „Grę Endera”

Poniższy tekst nie jest recenzją, a zbiorem przemyśleń na temat filmu, które nie zostały wrzucone w jakieś konkretne ramy. Dlaczego? Bo tak łatwiej było mi wyrzucić z siebie emocje jakich dostarczył mi seans. Tu pragnę również nadmienić, że w tym jakże nieskładnym tekście nie obyło się bez spojlerów, których dla osób niezaznajomionych z prozą Orsona Scotta Carda jest jak stąd, do planety Formidów, czyli według autora książki dużo, a twórców filmu już nie tak bardzo.

Pierwsza rzecz jaka mnie gnębi, to ta, że gdzieś w połowie seansu byłam zadowolona, iż pomijając nieścisłości fabuły filmu z treścią książki, będę mogła napisać, że film się obronił i był dobry. Niestety nie mogę tak napisać, ponieważ twórcy do końca starali się mnie przekonać, że zupełnie książki nie czytali. Jestem im wdzięczna za ich cudne zakończenie, które zmasakrowało cały film, a z bohaterów filmu chcąc nie chcąc zrobiło idiotów. A przecież książkowe zakończenie jest bardzo dobre, a przede wszystkim jest sensowne i nie podważa niczyjej inteligencji i jako takiego instynktu samozachowawczego. Jestem ciekawa czy Card'owi dane było zobaczyć scenariusz i dochodzić się ze scenarzystą i reżyserem w jednej osobie, o nie robienie ze swojej książki kompletnie niespójnej nowej historii, gdzie zachowano kilka wydarzeń i imion. Nie chcę tak bardzo krytykować filmu, bo nie jestem zagorzałą fanką książki. Owszem bardzo dobrze mi się ją czytało, ba nawet przeczytałam dwa kolejne tomy (przede mną jeszcze dwa), ale nie będę bronić każdej linijki tekstu, bo to nie ma sensu. Według mnie nie na tym polega kręcenie filmu na podstawie książki, przecież przeniesienie jej na ekran słowo w słowo to takie trochę mission impossible. Mimo to, jeżeli jednak bierzemy się za zrobienie filmu opartego na książce to musimy mieć na uwadze dwa czynniki: nie możemy zawieść fanów książki, czyli wierność oryginałowi być powinna i musimy zrobić film taki, aby widz który książki nie czytał, mógł cokolwiek zrozumieć z filmu i bawić się równie dobrze jak zaznajomiony z fabułą fan. W przypadku filmu Hood'a jak dla mnie nie ma ani jednego, ani drugiego. Za dużo z książki wyrzucono i zmieniono by fan na filmie bawił się przednio, zaś widz niezaznajomiony z książką będzie wątpił w jakikolwiek sens pokazywanej mu na ekranie historii. A to już kłuje w oczy, bo żeby było dobre science-fiction, to musi być całkiem mocna argumentacja, a tu ta argumentacja gdzieś ginie w tle, a co gorsza momentami przeczy sama sobie.

sobota, 2 listopada 2013

W poszukiwaniu filmowych perełek, czyli oczarowana przez „Smashed”

W niedalekiej przyszłości do kin wejdzie film Spectacular now, którego zwiastun mnie oczarował. Postanowiłam więc sprawdzić jakie filmy ma na swoim koncie reżyser filmu James Ponsoldt. Jego filmografii na razie do największych ciężko jest zaliczyć, ale można znaleźć w niej pewną perełkę. Cieszę się, że udało mi się na nią trafić, ponieważ po części udowadnia ona, że do nakręcenia dobrego filmu nie potrzeba dużego budżetu, a wystarczy dobry scenariusz, reżyser który wie, co chce z tego scenariusza na ekranie wyciągnąć oraz aktorka, której jeżeli pozwoli się zagrać coś bardziej ambitnego, to potrafi stworzyć ciekawą i intrygującą kreację.

Smashed, bo o tym filmie mowa opowiada historię młodego małżeństwa, które nie stroni od alkoholu. Bohaterowie w praktyce nigdy do końca nie trzeźwieją, a dzień zaczynają od najprostszej metody leczenia kaca, czyli sięgnięcia po jakieś napoje procentowe. Jednak pewnego dnia Kate zauważa, że to co wcześniej w picu sprawiało jej zabawę, teraz zaczyna ją przerażać. Decyduje się chodzić na spotkania AA i tam szukać pomocy. Niestety pomocy i wsparcia w pozostaniu trzeźwą nie znajduje ze strony męża i tak wszystko powoli zaczyna się zmieniać w życiu Kate, jednak nie są to zmiany, na które dziewczyna była gotowa.

środa, 30 października 2013

Niektórym powielanie schematu wychodzi na dobre, czyli zaskakująco niezłe „Safe Haven”

Znów złamałam się w moim postanowieniu nadrabiania zaległości w filmach uważanych za kultowe, mających na swoim koncie po kilka statuetek oscarowych czy szczycących się wysokimi miejscami na listach typu „filmy wszech czasów”. Chyba przychodzi na człowieka czas kiedy nie ma ochoty na ambitne kino i potrzebuje od filmu prostoty, braku wymagania jakiegokolwiek myślenia, czyli tzw. „odmóżdżenia”. W praktyce wtedy wybieram pierwszy lepszy film na jaki się natknę, pod którym dystrybutor umieścił napis „komedia” bądź „romans” (w końcu nie ma nic lepszego niż dobre romansidło). I w ten oto sposób obejrzałam Safe Haven. Już po zobaczeniu plakatu mogła mi się zapalić lampka ostrzegawcza, ale nie. Dopiero kiedy na ekranie zobaczyłam napis „Sparks productions” mój mózg zaczął krzyczeć, żebym wyłączyła film i szybko włączyła coś innego. Jednak klawiatura była za daleko (znacie ten stan?), a ja przyznam się bez bicia, że wciągnęłam się w snutą na ekranie opowieść.

Film opowiada historię Katie, która ucieka ze swojego miasta, ścigana przez wymiar sprawiedliwości za zabicie swojego męża. W drodze do Atlanty postanawia wysiąść na jednym z przystanków i w małym portowym miasteczku na nowo rozpocząć życie. Jak można się domyśleć Katie znajdzie tam nie tylko spokój, ale też i miłość. Niestety sielanka nie będzie trwać długo, gdyż przeszłość da o sobie znać.

niedziela, 27 października 2013

Każdy ma swoje drugie oblicze, czyli krótko o „The Place Beyond the Pines”

W ramach nadrabiania filmów z Goslingiem, który podobno wyskakuje już z każdej lodówki (tylko jakoś z mojej nie chce, a szkoda...) obejrzałam film reżysera świetnego Blue Valentine. Oczekiwania były ogromne, a czy zostały spełnione? Cóż, z jednej strony tak, z drugiej nie do końca. Wydaje mi się, że w którymś momencie Derek Cianfrance gubi tę świeżość i lekkość w opowiadaniu ciężkiej, smutnej historii, która była widoczna w jego poprzednim projekcie. Dzięki temu, mimo trudnej tematyki, film aż tak bardzo nie przytłaczał widza. The Place Beyond the Pines brakuje tej świeżości i dlatego to jedynie film dobry, a nie bardzo dobry.

The Place Beyond the Pines jest podzielony na trzy historie, które bardzo zgrabnie łączą się i dopełniają. Cianfrance zaczyna swój film od historii Luke'a, motocyklisty wykonującego w cyrku iście kaskaderskie wyczyny. Kiedy mężczyzna dowiaduje się, że ma dziecko postanawia porzucić dawne życie i wreszcie się ustatkować. Nie jest to jednak łatwe. Najlepszym wyjściem z finansowego dołku okazuje się obrabianie banków. Druga historia to przedstawione losy policjanta, który w nie takich jasnych okolicznościach staje się bohaterem. Ciągnięty do dołu przez skorumpowanych kolegów z komisariatu postanawia wydobyć się z tego bagna. O trzeciej historii nie będę pisać, jej fabuły możecie domyśleć się sami.

środa, 23 października 2013

Niewesołe jest życie gangstera w LA, czyli dobry Gangster Squad

Podobno w ostatnim czasie Ryan'a Gosling'a jest tak wszędzie pełno, że zacznie niedługo wyskakiwać z lodówki. Wydaje mi się, że chwilowe „bum” na tego aktora właśnie przycichło i z lodówki zaczął wyskakiwać ktoś inny, a mianowicie niejaki Tom Hiddleston. A skoro zachwyty pod adresem Goslinga chwilowo ustały, można obiektywnie spojrzeć na jego niedawne produkcje, w których mam zaległości. Na pierwszy ogień poszedł film, który wydawał mi się swoją tematyką najlżejszy, czyli Gangster Squad. Nie jest to majstersztyk kina gangsterskiego, nie jest to też bardzo dobry film, którym można się po seansie jeszcze długo zachwycać. Ale mimo wszystko to dobra produkcja, przy której można się dobrze bawić i spędzić udany wieczór.

Akcja filmu rozgrywa się w pod koniec lat 50. ubiegłego wieku w Los Angeles. Miastem rządzi szef mafii, bezwzględny Mickey Cohen, były bokser. Nie wszyscy jednak zgadzają się na życie pod reżimem gangstera. Szef policji postanawia powierzyć jednemu ze swoich najlepszych pracowników zadanie stworzenia tajnej policyjnej grupy działającej bez oficjalnego przyzwolenia władz policji. Sierżant John O'Mara, bo to na jego barkach spoczęło to zadanie, postanawia nie zawieść siebie oraz bliskich i przywrócić Miastu Aniołów spokój i porządek.

poniedziałek, 21 października 2013

Marvel próbuje opanować telewizję, czyli przyzwoici Agents of S.H.I.E.L.D.

Kilka dni temu dałam szansę kolejnemu nowemu serialowi. Tym razem, po ogromnym wahaniu i wewnętrznej batalii mojego serca i rozumu, skusiłam się na Agents of S.H.I.E.L.D. Zapytacie może czemu musiałam stoczyć ze sobą batalię, żeby włączyć play na odtwarzaczu? Cóż było ku temu kilka powodów. Po pierwsze uwielbiam filmy Marvela i patrzeć jak twój ulubieniec tym razem dostaje baty, to nie jest moje ulubione zajęcie. Po drugie sam pomysł, na którym miał się opierać serial jakoś mnie do siebie nie przekonywał. Poza tym trzeba go było wpasować jakoś w filmowe ramy czasowe, co do łatwych nie należy oraz w jakiś cudowny sposób ożywić bohatera, którego pokochały miliony fanów Avengers'ów i w praktyce z myślą o nim powstał ów serial. I wiecie co? Może Marvelowi nie wyszło to perfekcyjnie, ale wydaje mi się, że jak na razie daje sobie radę i próbuje znaleźć dla siebie miejsce w serialowym światku.

Akcja Agents of S.H.I.E.L.D. rozgrywa się po Bitwie o Nowy Jork, która skończyła się tak jak się skończyła, czyli nasi wygrali. Jednak ludzie dowiedzieli się o istnieniu superbohaterów, a jak to się mówi „wielka moc niesie ze sobą wielką odpowiedzialność”, czy jakoś tak. Dlatego agenci S.H.I.E.L.D. mają trochę roboty, by życie obywateli świata toczyło się tak, jak powinno, czyli spokojnie, bez odwiedzin z Asgardu i innych galaktyk, wszechświatów i mitycznych światów. Na czele jednej ze specjalnych jednostek S.H.I.E.L.D. staje agent Coulson, który wszyscy wiedzą jak skończył w Avengersach i to o jego grupie operacyjnej opowiada serial.

poniedziałek, 14 października 2013

O kolonizowaniu wszechświata, czyli dalsze losy Endera Wiggina

(źródło)
Zazwyczaj kiedy do kin ma wchodzić film nakręcony na podstawie książki, bądź starający się być jej ekranizacją, postanawiam przed seansem sięgnąć po książkę. Jak można się domyśleć wychodzi mi to raz lepiej, raz gorzej. Żałuję, że nie mam aż tyle czasu by móc się cieszyć ucieczką do fikcyjnego świata zapisanego na papierze. Dużo łatwiej jest obejrzeć film, albo przynajmniej jest to rozwiązanie krótsze czasowo i wymagające mniejszego wysiłku (nie ma to jak czytanie wieczorami, czy nawet nocą, ale z roku na rok oczy coraz bardziej się buntują, a i tryb życia też nie pomaga). Wiem, że można czytać w autobusie, czy w przerwach między zajęciami na uczelni, ale nie każda książka zasługuje na takie czytanie na wyrywki (jeżeli wiecie o co mi chodzi). Tym razem udało mi się zdążyć przeczytać książkę przed filmową premierą (do 1.11 jest jeszcze trochę czasu), a nawet skończyć dwa kolejne tomy, które muszę przyznać, że poziomem dorównują pierwszej części.

Dalej mogą znaleźć się spojlery do treści Gry Endera, a raczej jej końcówki, kto nie czytał książki lepiej żeby nie czytał dalej.

niedziela, 13 października 2013

I znów dzielni Amerykanie stają w obronie świata, czyli strasznie niestraszne Sleepy Hollow

Sezon na seriale zaczął się na dobre, a ja przeszłam obok tego tak obojętnie jak jeszcze nigdy dotąd mi się nie zdarzyło. Od kiedy „odkryłam” seriale, ten okres roku wrzesień-październik był dla mnie równie interesujący serialowo jak maj-czerwiec, kiedy to scenarzyści prześcigają się w tym, komu uda się zakończyć sezon lepszym clifhangerem. Lubię oglądać piloty nowych seriali i robić takie małe zakłady, który serial przetrwa, a który zatonie. W tym roku stało się jednak inaczej, bo możecie wierzyć lub nie po wakacjach wróciłam tylko do jednego serialu (wstyd się przyznać jakiego) i dałam szansę tylko jednemu nowemu serialowi. Dopiero dziś stwierdziłam, że to straszna klęska urodzaju, bo zamiast śledzić około 10 seriali, jak mi się to czasami zdarzało, ja oglądam dwa. Czy doszłam już do tego momentu przesytu w mojej serialowej fascynacji, że po prostu nie chce mi się ich oglądać? Mam nadzieję, że mój serialowy marazm szybko mi minie i będę mogła napisać coś o jakichś nowościach. Dziś zaś chciałam dodać coś od siebie na temat Sleepy Hollow, zapewne nic nowego i odkrywczego, bo chyba wszystko zostało już powiedziane, a może nie?

Jeżeli jest jeszcze jakiś ludź, który nie wie o co chodzi w Sleepy Hollow, to śpieszę donieść, że w tym małym amerykańskim miasteczku rozpoczęła się apokalipsa. Ichabod Crane (znany fanom Burtona z „Jeźdźca bez głowy”) budzi się po 250 latach w owym, wyżej wspomnianym miasteczku i musi stawić czoła jeźdźcowi bez głowy, jednemu z czterech jeźdźców apokalipsy, który został wybudzony razem z nim. Ichabod'owi pomaga inteligentna i rezolutna policjantka Abbie Mills, która ku uciesze Ichabod'a została wyzwolona z niewolniczych kajdanów (Abbie jest czarnoskóra). Należy zrozumieć radość ów dżentelmena, który po tylu latach zobaczył iż to o co walczył podczas wojny secesyjnej zostało wcielone w życie. Razem z Abbie stają się dwójką świadków, którzy mają stawić czoła zbliżającemu się końcowi świata.

wtorek, 8 października 2013

„The edge of love”, czyli miłość w pięknych krajobrazach Walii

Zdecydowanie muszę stwierdzić, iż jestem mistrzynią w zapominaniu filmów, które bardzo, ale to bardzo chciałam obejrzeć. Oglądanie wielu zwiastunów pod rząd jak widać nie działa dobrze na pamięć, a i zapisanie na karteczce tytułów również nie pomaga. Cóż, najwyraźniej taka już moja dola, że jeżeli spodoba mi się zwiastun, to zapewne po film sięgnę po paru latach. Jak widać nawet pamięć absolutna może człowieka nieźle zawieść i wyprowadzić gdzieś na manowce. Tak było w przypadku The edge of love, które kilka lat temu znalazło się na mojej liście „must see”, ale razem z ową listą przepadło gdzieś w czeluściach dawnego pokoju i już nie ujrzało ponownie światła słonecznego. Na szczęście dość przypadkowo moje ścieżki z tym filmem na nowo się spotkały i w końcu zapoznałam się z owocem pracy John'a Maybury'ego. Spodziewałam fajerwerków i porządnego love story, ale otrzymałam w miarę poprawne kino, któremu niestety daleko do filmu bardzo dobrego.


Akcja filmu rozgrywa się w Londynie podczas II wojny światowej. Traf chce, że ścieżki dwójki przyjaciół z dzieciństwa: Very, obecnie piosenkarki i poety Dylana Thomasa, zajmującego się narracją do filmów propagandowych, znów się krzyżują. Widać, że dawne uczucie łączące tę dwójkę zaczyna na nowo odżywać. Na przeszkodzie ku ich szczęściu staje jednak mały szczegół, a mianowicie fakt iż Dylan jest żonaty i ma dziecko. Caitlin, żona Dylana, nie pozwoli mężowi jej porzucić i postanawia walczyć o męża, a raczej uczepia się go jak tonący brzytwy. Bez grosza przy duszy Dylan i Caitlin zostają przygarnięci przez Verę, a co najciekawsze kobiety w tej dziwnej i niezręcznej sytuacji zostają przyjaciółkami. Niedługo potem Vera wychodzi za mąż za kapitana Killicka, który zostaje wysłany na front...

sobota, 5 października 2013

Czy piosenka już sama się nie obroni?, czyli o nagości w muzyce słów kilka

Ta grafika niezbyt pasuje do wpisu, ale to jeden z piękniejszych
cytatów o muzyce (źródło)
Znowu mnie naszło to uczucie, kiedy chcę o czymś napisać, ale nie jest to zbyt związane z tematyką bloga, który skądinąd miał być z założenia filmowy. Popełniłam już jeden taki wpis, a teraz nie mogę nie popełnić kolejnego, skoro gdzieś muszę napisać o tym, co mi dało ostatnio do myślenia. A mianowicie chodzi mi o muzykę i to jak się ją w dzisiejszych czasach sprzedaje. Z tytułu wpisu można wywnioskować, że chodzi mi o nagość i coraz większy erotyzm bijący z teledysków. Raperzy zdążyli nas już przyzwyczaić, że w klipie muszą pojawić się hojnie obdarzone przez naturę kobiety w skąpych strojach. Bez nich ani rusz. Wydaje się, że stały się one nieodłącznym elementem tego gatunku muzyki. Również półnagie tancerki występujące w teledyskach znanych i uwielbianych przez rzesze wiernych fanów muzyków, nie budzą w widzach zgorszenia. Czy jednak owe videoclipy są zrobione ze smakiem i jako takim poczuciem estetyki, to chyba temat do roztrząsania na kolejny wpis. Dzisiaj chciałam jednak napisać o tym jak same wokalistki, zapewne świadomie i z premedytacją, pokazują w swoich teledyskach zdecydowanie dużo za dużo niż powinny. Czy naprawdę paradowanie przez 4 minuty na ekranie w samej bieliźnie, bądź i bez niej jest potrzebne by pobić rekordy odtworzeń clipu na YT? Czy w dzisiejszych czasach wokal i dobra muzyka nie potrafią się same obronić? Czy wokalistka musi się rozebrać do rosołu by ktoś chciał wysłuchać jej twórczości?

środa, 2 października 2013

„Jak ukraść milion dolarów” radzi Audrey Hepburn i Peter O'Toole

Ostatnio okazuje się, że ilekroć chcę sobie poprawić humor oglądając jakiś film, to na pewno osiągnę swój cel sięgając po bajkę (w końcu zaczęłam nadrabiać zaległości w najnowszych animacjach i muszę przyznać, że Jak wytresować smoka skradło moje serce, a przynajmniej jeden smok) lub po stary film, najlepiej z gatunku komedii, albo romansu. Tym razem mój wybór padł na kolejny już film z Audrey Hepburn, a mianowicie How to steal a Million. Film ten miał łączyć w sobie komedię, romans i kryminał. Może twórcom nie wyszło to połączenie zbyt śpiewająco, ale efekt końcowy jest bardzo przyzwoity, a co najważniejsze film bawi i wciąga, mimo że dość łatwo można przewidzieć co stanie się dalej.

Bonnet jest zamożnym kolekcjonerem dzieł sztuki mieszkającym w przepięknym starym domu w Paryżu. Przy okazji mężczyzna jest również świetnym fałszerzem, który bez trudu potrafi podrobić prace największych mistrzów malarstwa. Jego córka Nicole nie pochwala jego hobby, szczególnie że ojciec nie zostawia tych obrazów dla siebie, a prowadzi bardzo dobrze prosperujący handel. Wszystko układa się dobrze, do czasu kiedy Bonnet postanawia wypożyczyć podrobioną rzeźbę do muzeum Lafayette i gdy już to robi, okazuje się że rzeźba musi przejść testy autentyczności. Nicole postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i jakoś zapobiec tragedii. Szczęśliwym trafem pewnej nocy w ich domu pojawia się złodziej, oczywiście dżentelmen, który obiecuje jej pomóc ukraść rzeźbę z muzeum.

wtorek, 1 października 2013

Każdy w oczach swoich bliskich powinien być dziesiątką, czyli cudowne „Najlepsze najgorsze wakacje”

Uwielbiam kiedy film mnie pozytywnie zaskakuje, kiedy wybieram się do kina na zupełnie przypadkowy tytuł i wychodzę z sali pełna pozytywnej energii z lekkim bólem mięśni brzucha od śmiechu i lekko wilgotną od łez chusteczką w ręce. Cieszę się, że coraz więcej polskich dystrybutorów bierze pod uwagę sprowadzanie do naszych rodzimych kin filmów pokazywanych w Sundance. Nie trzeba już czekać kilku lat na polską premierę filmu na DVD, tylko można go obejrzeć na dużym ekranie. Nareszcie takie perełki, jaką zdecydowanie jest film twórców Małej Miss, można zobaczyć w sali kinowej. Bo powiedzmy sobie szczerze, nie ma to jak obejrzeć dobry film w kinie, to jednak nie to samo co ekran komputera i ulubiony fotel.

Najlepsze najgorsze wakacje opowiadają historię 14-letniego Duncan'a, którego rodzice się rozwiedli i chłopak mieszka z matką. Również z matką, jej nowym partnerem oraz jego córką, chłopak ma spędzić wakacje, jak można się domyśleć nie jest tym pomysłem zachwycony. Duncan czuje się samotny, coraz bardziej nie dogaduje się z matką, a co za tym idzie nie potrafi zaakceptować przyszłego ojczyma, który ciągle go o coś strofuje. Chłopak nie potrafi się wpasować w model rodziny narzucony przez partnera matki i odczuwając brak akceptacji z jakiejkolwiek strony, powoli zaczyna zamykać się w sobie. Nieoczekiwanie pomoc, ale i przyjaciół znajdzie w miejscowym aquaparku.

niedziela, 29 września 2013

Wojna oczami dziecka, czyli chwila zadumy nad „Chłopcem w pasiastej piżamie”


Są filmy, które wzruszają, nudzą, irytują, wywołują śmiech bądź poczucie zażenowania. Są też filmy, które potrafią wstrząsnąć człowiekiem i pozbieranie się po seansie takiego filmu zajmuje dużo więcej czasu niż można sobie wyobrazić. Na oglądanie takich filmów nie ma odpowiedniej chwili, czasu czy nastroju. Często filmy te mogą kuleć pod względem technicznym, wyolbrzymiać pewne zdarzenia albo nawet trochę naciągać na swoje potrzeby fakty historyczne. Wszystko to potrzebne jest do tego, by wprawić widza w osłupienie i w praktyce przytłoczyć go snutą na ekranie opowieścią. „Chłopiec w pasiastej piżamie” jest właśnie takim filmem. Wstrząsającym, przytłaczającym, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że potrafi wywołać w widzu irracjonalne poczucie winy. Nie jest to film, po który można sięgać zbyt często, jeżeli w ogóle chcemy obejrzeć go po raz drugi. Jest to jednak film, który wydaje mi się, że każdy chociaż ten jeden raz powinien zobaczyć.

poniedziałek, 23 września 2013

Wszyscy mówią NIE i ja chyba też, czyli słaba „Diana”




Tak bardzo chciałam żeby ten film mimo złych recenzji okazał się dobry. Albo żeby chociaż jakiś wątek filmu był interesujący i dzięki temu można by napisać o tym filmie coś dobrego. Ale się przeliczyłam. Chyba jeszcze nigdy nie ziewałam w kinie aż tak często, a kolejne obrazy na ekranie coraz bardziej przestawały wzbudzać we mnie jakiekolwiek zainteresowanie. Kochana rodzicielka, która stwierdziła że woli iść na Dianę niż na Czas na miłość, po seansie podsumowała ten film jednym słowem – nudny i żałowała, że nie trafiłyśmy ostatecznie do sali gdzie wyświetlano nowy film Richard'a Curtis'a. Zgadzam się z nią w stu procentach.

piątek, 20 września 2013

Do ludzi bogatych trzeba mieć dużo cierpliwości, czyli świetna „Filadelfijska opowieść”

Chyba już wszyscy odkryli tę jakże oczywistą oczywistość iż najłatwiej jest pisać o filmach złych, nieudanych bądź też dobrych, które jakoś nam niespecjalnie przypadły do gustu. Może to przez tę naszą narodową mentalność i talent do narzekania. Bo przecież lepiej jest trochę ponarzekać, niż coś wychwalać, bo po użyciu kilku najbardziej znanych pozytywnych przymiotników ciężko będzie coś więcej powiedzieć. Tak jest w przypadku The Philadelphia story. Najlepszą dla niego recenzją byłoby stwierdzenie „świetny”, „genialny” i na tym zakończenie całego wywodu. Mimo to postaram się chociaż napisać co było w tym filmie takiego świetnego, bądź co mnie szczególnie w nim ujęło, a przy okazji postaram się nie wyjawić zbyt dużo z fabuły.

Film jest ekranizacją sztuki Philipa Barry'ego pod tym samym tytułem. Główna bohaterka Tracy, pochodząca z wyższych sfer, ma niedługo wziąć ślub z dorobkiewiczem George'm. Sytuacja jednak komplikuje się kiedy na kilka dni przed ślubem w domu Tracy zjawia się jej były mąż Dexter wraz z podejrzaną dwójką, którzy niby mają być przyjaciółmi jej brata. Kobieta chce wszystkich wyrzucić z domu, jednak chcąc chronić reputację swojej rodziny nie może tego uczynić.

czwartek, 19 września 2013

Kiedy jesteśmy ubrani, a kiedy przebrani?, czyli kilka rozważań nad byciem modnym

Na początku to stwierdzenie mi nie pasowało do wpisu, ale ostatecznie
świetnie cały wpis podsumowuje.
Nie wiem czy powinnam pisać wpis na ten temat, ale jakoś tak nie mogłam go sobie odmówić (wiem, że to blog filmowy, ale przecież kostiumy są częścią każdego filmu, a co za tym idzie moda w jakimś stopniu również). Nie jestem specjalistką w dziedzinie mody, nie potrafię na jednym wydechu wymienić moich ulubionych projektantów, bo takowych nie ma, nie śledzę także poczynań moich ulubionych modelek, bo takowych także nie ma. Zaś o ile jestem jak sroka, lubię to co ładne (nie koniecznie to co się świeci), ale patrząc na sukienkę nie powiem wam czy to Prada albo Dolce&Gabbana, czy też nie odróżnię botków od Blahnika od tych od Isabel Marant. Są to dla mnie towary tak luksusowe, że mogę na nie spojrzeć i przeklikać na kolejną stronę, czy kolejnego bloga modowego, gdzie blogerka zachwala, że w tym sezonie jeżeli nie masz szpilek od Jimmy'iego Choo to jakbyś chodziła boso. Nie chcę teraz pisać, że nigdy nie chciałabym takich butów, bo owszem zapewne gdyby było mnie na nie stać, to na pewno stałyby się częścią mojej garderoby. Bo lubię ubrania, lubię je łączyć, lubię się „bawić modą” i pewnie gdybym była bardziej odważna i nie uważała iż aparat ukradnie mi duszę, bądź też soczewka pęknie przy robieniu mi zdjęcia, to zapewne odważyłabym się prowadzić bloga szafiarskiego. Ale tak nie jest i nie będzie.

poniedziałek, 16 września 2013

Jak kłamstwo może zrujnować czyjeś życie, czyli kilka zachwytów nad The Children's Hour

Chyba powoli zakochuję się w starych filmach i odkrywam magię starego Hollywood'u. Kiedy nie mam ochoty na żaden wytwór współczesnej kinematografii to ratunek zawsze znajduję w starym kinie. Tym razem jednak wybór nie padł na komedię, lub musical (bo do tej pory jedynie w taki gatunek celowałam wybierając kolejne stare produkcje), a w dramat. Osoby czytające bloga mogą się domyśleć wybór musiał paść na film z filmografii Audrey Hepburn. Co nie było takie oczywiste od początku, wybór ten okazał się strzałem w dziesiątkę.

The Children's Hour opowiada historię dwóch przyjaciółek prowadzących małą szkołę z internatem dla dziewczynek z zamożnych rodzin. Kobiety mają opinię profesjonalistek i bardzo dobrych nauczycielek. Jednak zgoła odmienne zdanie ma o nich jedna z uczennic. Dziewczynka nie lubi przestrzegać zasad, więc aby wymigać się od kary oczywiście kłamie. Kobiety jednak nie wierzą w jej wersje wydarzeń i zazwyczaj karzą ją za brak prawdomówności, dlatego krnąbrna uczennica będzie się starać zrobić wszystko by wrócić do domu. Pewnego dnia dziewczynka podsłuchuje kłótnię jednej z nauczycielek ze swoją ciotką i na jej podstawie wymyśla kłamstwo o tym, że kobiety są lesbijkami. Kłamstwo to zniszczy wszystko na co kobiety do tej pory zapracowały.

sobota, 14 września 2013

Zbiorowo (5), czyli jak z niedorzecznej historii zrobić dobry film?

Bo o to chodzi w tego typu filmach, cieszyć się najmniejszymi bzdurkami ;)
Od wielu, wielu lat, powiedzmy że od dziesięcioleci, kręci się filmy pozbawione jakiegokolwiek sensu. Nie jest to żadna nowość. Ostatnio zaczęto dopisywać cudowne historie do biografii znanych ludzi, opowiadać na nowo znane wszystkim bajki i baśnie, ekranizować przeróżne komiksy, bądź brać na warsztat historie powstałe w najciemniejszych zakamarkach wyobraźni scenarzystów gdzie lęki z dzieciństwa i traumatyczne przeżycia z okresu dorastania zlały się w jedność. Filmy te nie są od razu skazane na porażkę, inaczej by w ogóle nie powstawały. Sukces takiego filmu zależy od tego czy widzom spodoba się opowiadana przez twórców historia albo jej nowa wersja, czy dadzą jej szansę, czy zainteresują się perypetiami bohaterów. Historia może być naprawdę durna, ale jeśli jest w miarę spójna i trzyma się narzuconej na początku konwencji, to na pewno się obroni. Gorzej kiedy scenarzyści chcą z takiej historii zrobić opowieść poważną, nafaszerować ją zupełnie niepotrzebnymi efektami specjalnymi bądź też wzbogacić ją o pasujący jak pięść do nosa wątek miłosny. Zapytacie skąd ten dziwny wstęp? Widzicie po wielu podejściach w końcu skusiłam się na obejrzenie Hansel & Gretel: Witch Hunters. Zrównane z ziemią przez krytykę i blogerów, to cudo współczesnej kinematografii wyreżyserowane przez Tommy'ego Wirkole również i mnie przyprawiło o ciężki ból głowy i ogólne zwątpienie w tego typu filmy. Aby sprawdzić czy mam rację sięgnęłam po Zombieland i moja wiara w cudownie absurdalnie głupiutkie filmy wróciła.

czwartek, 12 września 2013

W poszukiwaniu czegoś śmiesznego na pomoc przyszły - Dwie Spłukane Dziewczyny

Już od kilku postów narzekam, że ostatnio nie mogę trafić na dobrą komedię, albo przynajmniej w miarę śmieszną komedią romantyczną. Obejrzane Wyznania zakupoholiczki mnie uśpiły (po tym jak przez pół filmu nie wierzyłam w to co widzę na ekranie, co sprawiło że w posturze i mimice twarzy upodobniłam się do Lurch'a z Rodziny Addamsów), 21 Jump Street skłonił mnie do zastanowienia się nad sensem kręcenia tego typu filmów (chociaż muszę przyznać, że film ten miał swoje śmieszne momenty), a oglądając Ilu miałaś facetów? zaczęłam głośno zgrzytać zębami, bo przecież bohaterka tego typu filmów musi cierpieć na ogromne ubytki w anatomii mózgu stąd też jego fizjologia nie działa jak należy (co ratowało ten film to przystojny Chris Evans w swoim naturalnym kolorze włosów, na szczęście... - więc było na co popatrzeć). Wnioskuję z tego, iż poskąpiono mi daru elastycznego poczucia humoru, bądź mój mózg usilnie upiera się przy niektórych rzeczach, że są mało zabawne i nawet mocny wysiłek nie sprawi, że w cudowny sposób staną się zabawne. Niestety nie potrafię śmiać się z czyichś ułomności, otyłości, bądź też chudości, mało smaczne żarty o seksie, jak i potrzebach fizjologicznych również nie wywołują uśmiechu na mojej twarzy. Dlaczego więc śmieszą mnie 2 Broke Girls? Nie mam zielonego pojęcia...

środa, 11 września 2013

Kiedy stajesz się pionkiem w czyjejś grze, czyli historia Endera Wiggina

Żródło: http://fantastyka.wm.pl/?p=440
Za oknem pogoda jest wymarzona, piękne słońce, aż się przypominają dni spędzone na majorkańskiej plaży... Tak chciałabym napisać, niestety za oknem deszcz, a raczej ściana deszczu. Jak zawsze w tak cudowną pogodę moje samopoczucie spada na łeb na szyję, wszystko jest wtedy nudne, a i do robienia czegokolwiek zbyt wielkiej ochoty nie mam. Najlepiej jest wtedy usiąść wygodnie w fotelu z gorącą herbatą, albo czekoladą (jeżeli ktoś był wcześniej na tyle sprytny by kupić sobie tabliczkę czekolady, z której mógłby zrobić przepyszny napój doprawiony cynamonem, czyli nie ja) i poczytać dobrą książkę. Moją dobrą książką okazała się Gra Endera Orsona Scotta Carda. To moje drugie podejście do tej książki, ale nie odnieście w tym miejscu mylnego wrażenia, bo książka jest naprawdę pozycją obowiązkową dla fanów gatunku sci-fi i miłośników powieści trzymających w napięciu. Po prostu kilka lat temu chciałam przeczytać Grę Endera w oryginale i moja znajomość angielskiego była chyba niewystarczająca, dopiero widząc w kinie zwiastun filmu przypomniałam sobie o tej powieści i tym razem wciągnęła mnie bez reszty.

piątek, 6 września 2013

Some like it hot bawi nawet ponad 50 lat po swojej premierze

Tak jak w przypadku Śniadania u Tiffany'ego miałam duże obawy czy powinnam się zabrać za pisanie o takim klasyku filmografii jakim jest Pół żartem, pół serio. Uznałam jednak, że po pierwsze może istnieją jeszcze takie jednostki, które filmu nie widziały (tak jak ja do niedawna), po drugie zaś tak świetnemu filmowi należy się kilka słów na tym blogu, nie żeby ten blog był jakiś ważny, ale ot tak dla czystego sumienia jego autorki.

Fabuła filmu skupia się wokół dwójki przyjaciół - muzyków: Joe i Jerry'ego. Tak się jednak niefortunnie składa, że mężczyźni znajdują się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. To niewłaściwe miejsce to garaż, w którym akurat przesiadują mafiozi. Jak się można domyśleć, gdzie są jedni mafiozi tam ich żądni zemsty koledzy po fachu szybko wytropią. Tak bohaterowie są świadkami mafijnych porachunków i cudem uchodzą z życiem. Ścigani przez mafię uciekają z żeńskim zespołem muzycznym. Przymiotnik 'żeński' jest tu kluczowy, gdyż panowie muszą teraz funkcjonować w przebraniu. Nie jest to jednak łatwe kiedy otacza ich tłum kobiet (nad wyraz głupiutkich), a wśród nich jedna o wyglądzie Marilyn Monroe.

czwartek, 5 września 2013

W czym na bal lub na tron?, czyli lista najładniejszych sukien filmowych #2

Zastanawiając się o czym dziś napisać postanowiłam, że w końcu zmobilizuję się do napisania kontynuacji wpisu o najładniejszych sukniach. Tym razem nie mam zamiaru się bardzo ograniczać, ponieważ dziś chcę wymienić suknie z epoki bądź filmów osadzonych w jakichś mniej lub bardziej zdefiniowanych ramach czasowych albo bajkowych realiach. Straszne jest jednak to, iż owych pięknych sukien jest tak wiele, że ciężko jest któreś wyeliminować. Niestety wymienienie wszystkich jest niemożliwe stąd ograniczyłam się z wielkim bólem do 10. Także miło mi będzie gdy dorzucicie swoje trzy grosze i napiszecie, które z sukni balowych/z epoki są waszymi ulubionymi.



Lily Collins w Mirror Mirror

Ta suknia jak i reszta kostiumów w filmie zostały zaprojektowane przez Eiko Ishioke. Projektantka była perfekcjonistką co widać w każdym zaprojektowanym przez nią kostiumie i detalu. Mimo że suknie są przepiękne to ich noszenie raczej do przyjemnych nie należało. Suknie były bardzo ciężkie (na suknię ślubną Złej Królowej zużyto około 25m materiałów), do tego niewygodne gorsety i druciane stelaże, czyli jak to mówią, żeby ładnie wyglądać trzeba się wycierpieć. Suknia, którą wybrałam była podobno jedną z pierwszych zaprojektowanych do filmu. Twórcy chcieli żeby suknia Śnieżki nawiązywała do przyrody, łączyła ją z naturą, stąd tyle na niej kwiatów i motyli.


wtorek, 3 września 2013

Mortal Instruments: City of Bones, czyli wyszło bardzo przyzwoicie

Nie mogę powiedzieć, że nie czekałam na ten film. Kiedy kilka lat temu czytałam książkę zdecydowanie kupiłam świat wykreowany w niej przez autorkę. Mimo że czytając widziałam kolejne schematy, bądź sceny przypominające te, które już kiedyś gdzieś widziałam czy czytałam, to historia nastoletniej Clary siedziała w mojej głowie dość długo i czekała, aż ktoś podejmie wyzwanie i nakręci film na podstawie książki Cassandry Clare. Cóż, czekać trzeba było dość długo i ci którzy czytali książkę jeszcze jako nastolatkowie na film wybrali się już z dwójką z przodu (Dzień dobry ;) ). Mimo obaw, ogromu wątpliwości co do obsady, po pierwszym trailerze byłam nastawiona dość sceptycznie, po drugim stwierdziłam, że zaczyna to wyglądać całkiem nieźle, a po wyjściu z kina mogę powiedzieć, że warto było czekać, bo film Zwarta to bardzo przyzwoity film, zdecydowanie bijący na głowę straszne Piękne istoty (książki nie czytałam więc nie wiem jakiego zaćmienia umysłu dostałam, że zdecydowałam się na oglądanie tego cuda) i tragiczne The Host (przecież to całkiem niezła książka, dlaczego więc film to dno?).

niedziela, 28 lipca 2013

Zbiorowo (4), czyli czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie

Ostatnimi czasy udało mi się obejrzeć kilka filmów, które może nie porywają zachwycającą historią czy też świetnymi efektami specjalnymi (raczej w tych filmach ciężko by je było wcisnąć), ale są to dość sympatyczne produkcje, które można obejrzeć kiedy nie mamy ochoty na nic ambitnego, ani bardzo zabawnego.



Like crazy


Film opowiada historię Anny, studentki z Wielkiej Brytanii, która wyjeżdża do Stanów by tam kontynuować edukację. Podczas pobytu zakochuje się w amerykańskim studencie i kiedy przychodzą wakacje Anna nie jest w stanie wyjechać z USA, mimo że jej wiza traci ważność. Wraz z końcem letnich wakacji dziewczyna wraca do Anglii, okazuje się jednak że nie może w najbliższym czasie wyjechać do Stanów ponieważ naruszyła warunki wizy. Zakochani muszą stawić czoła dzielącym ich kilometrom, ale i urzędom, które w żaden sposób nie chcą, bądź nie mogą im pomóc. I tak mijają lata…

Film ogląda się nieźle, a historia Anny i Jacoba wciąga. Łatwo jest z nimi sympatyzować i im współczuć. Młodzi aktorzy: Felicity Jones w roli Anny i Anton Yelchin jako Jacob bardzo dobrze poradzili sobie z powierzonymi im zadaniami. Film jednak to typowe kino indie, które nie każdemu się spodoba. Niektóre sceny są strasznie powolne, a ich akcja, albo jej brak, ciągnie się w nieskończoność. Dużą zaletą filmu są dialogi, bardzo prawdziwe, mało wydumane, co sprawia, że dużo łatwiej jest się wczuć w sytuację młodych ludzi. I chociaż dialogi te wymieniam jako plus, to równie dobrze mogłabym je zaliczyć do niewielkich minusów, bo to co jest prawdziwe, momentami jest mało zrozumiałe. Chodzi mi o to, że bohaterowie często mówią o niczym, ich słowa wnoszą do pokazywanej historii bardzo niewiele. Mimo to film polecam, na gorący, leniwy, letni wieczór.

czwartek, 25 lipca 2013

Zawód scenarzysty do łatwych nie należy, czyli Paris - When it sizzles

Szukałam filmu lekkiego i zabawnego, idealnego na wakacyjny wieczór, najlepiej z jedną z moich ulubionych aktorek w roli głównej. Sięgając po Paris when it sizzles nie spodziewałam się, że tak się uśmieję oglądając go i do tego zobaczę Audrey Hepburn w komediowej odsłonie i to w naprawdę dobrym wydaniu. Ale po kolei… 

Wytwórnia ma niedługo przystąpić do kręcenia filmu, jednak okazuje się, że nie ma gotowego scenariusza. Scenarzysta dobrze wykorzystał zaliczkę za swoją pracę na zabawę i zachcianki w Paryżu, ale niestety oprócz tytułu nie wymyślił o czym ma być film. Mężczyzna zatrudnia więc asystentkę, która ma mu pomóc w napisaniu historii, która w jego głowie nie ma jeszcze żadnego zarysu, ani pomysłu na chociaż jedną z postaci. Z pomocą kobiety ma nadzieję stworzyć coś sensownego i wywiązać się z umowy z wytwórnią. 

środa, 24 lipca 2013

Co robić, kiedy w końcu można wszystko robić? Oglądać seriale!

Praca obroniona, szkoda tylko, że pisanie lic przed nazwiskiem wygląda niezwykle kretyńsko, dlatego przyjmijmy, że mam licencję więc mogę nareszcie wrócić do prowadzenia bloga. Jak można się domyśleć, kiedy człowiek nie ma na nic czasu i musi się zajmować innymi bardzo ważnymi rzeczami, to ma tyle pomysłów, tyle filmów by obejrzał, tyle seriali, tyle książek by przeczytał, och a notek na tyle tematów by napisał. Jednak wszystko odkładałam na po obronie i kiedy w końcu nastąpił ten mistyczny czas ‘po obronie’, to szczerze mówiąc nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Bo jakoś tak na nic nie miałam ochoty, a filmów ‘do obejrzenia’ nagromadziło mi się tyle, że nie wiedziałam od którego zacząć. Można się więc domyśleć, że nie obejrzałam żadnego. Ale koniec narzekań i pokrętnych tłumaczeń. 

Jak wiadomo, jak nie wiemy co obejrzeć, to najlepiej włączyć jakiś serial. Skoro zaś są wakacje, to można się skusić na serial lekki, który dorobił się już kilku sezonów. Chciałam wam dziś polecić dwa seriale, jeden oglądałam hurtowo w ciągu roku akademickiego, a drugi nadrabiałam i oglądałam do obiadu. Muszę się jednak przyznać, że w życiu nie obejrzałabym tych seriali, gdybym musiała czekać na następny odcinek tydzień. Raczej nigdy bym nie wytrwała w oczekiwaniu bo nie są to seriale wybitne. Są to seriale całkiem niezłe, które jednak notują w ciągu sezonu kilka słabszych odcinków, dlatego najlepiej słabe wrażenie zatrzeć kolejnym dużo lepszym odcinkiem, na który nie trzeba czekać tydzień. 

piątek, 28 czerwca 2013

Każdy spektakularny trik potrzebuje czasu, czyli bardzo dobre „Now you see me”

„Every great magic trick consists of three parts or acts. The first part is called "The Pledge". The magician shows you something ordinary: a deck of cards, a bird or a man. He shows you this object. Perhaps he asks you to inspect it to see if it is indeed real, unaltered, normal. But of course... it probably isn't. The second act is called "The Turn". The magician takes the ordinary something and makes it do something extraordinary. Now you're looking for the secret... but you won't find it, because of course you're not really looking. You don't really want to know. You want to be fooled. But you wouldn't clap yet. Because making something disappear isn't enough; you have to bring it back. That's why every magic trick has a third act, the hardest part, the part we call "The Prestige"." 


Pamiętacie scenę z Prestiżu, kiedy Cutter, bohater grany przez Michael'a Caine'a wypowiada powyżej przytoczone słowa w jednej z początkowych scen filmu? W praktyce po tych słowach kupiłam cały film i polubiłam filmy, które opowiadają losy iluzjonistów, magików czy innych ludzi zajmujących się tą sztuką. To samo tyczy się Osaczonych, od których rozpoczęła się moja przygoda z filmami o oszustach i złodziejach czy to muzeów, bogatych ludzi czy np. kasyn. Można się więc domyśleć, że Now you see me zyskał kilka punktów już na samym początku. Bo Iluzja (nie ma to jak dobre tłumaczenie tytułu Now you see me = Iluzja, bo Teraz mnie widzisz byłoby okropnym tytułem, który zupełnie nie pasuje do filmu, niech będzie Iluzja w końcu to film o iluzjonistach, nikt nie zauważy) to film, który jest mixem filmów z serii o Dany'm Ocean'ie, Prestiżu, 21, Catch me if you can i innych tego typu obrazów. Po wyjściu z kina wydawało mi się, że właśnie zobaczyłam niezwykle zgrabne połączenie najlepszych fragmentów tych filmów, złączonych w jeden, który o dziwo miał sens, do końca trzymał w napięciu, czarował wizualnie i jest naprawdę dobrym kawałkiem kina rozrywkowego, którego ostatnio brakuje.

środa, 26 czerwca 2013

Wszyscy piszą o Hannibalu, napiszę i ja, czyli Hannibal sezon 1

Powrót do pisania po tak długiej przerwie jest niezwykle ciężki. Nie zdawałam sobie z tego sprawy do momentu kiedy nie zasiadłam przed klawiaturą i chciałam wystukać kilku słów, no może nie kilku, bo miał być jako taki wpis, ale wiadomo o co chodzi. Doszłam więc do wniosku, że przerwy w pisaniu są niezwykle niezdrowe i trzeba je czynić jak najkrótszymi, bo irytacja z powodu tego, że chce się i jednocześnie niestety nie chce się napisać o tylu różnych rzeczach zdecydowanie nie wychodzi mi na dobre. Tak więc, skoro wszyscy piszą o Hannibalu, to postanowiłam, że dodam od siebie trzy grosze, które zapewne odkrywcze nie będą, ale tym przejmować się nie będę. W końcu kolejna rzecz do przejmowania się również jest niezbyt zdrowa... 

Wstyd się przyznać, ale dopiero po obejrzeniu serialu sięgnęłam po, kultowe już, naprawdę świetne Milczenie owiec. Jakoś nigdy mnie do niego nie ciągnęło. Dawno temu za to obejrzałam Czerwonego smoka, w ramach oglądania filmów z Ralphem Fiennesem, ale niezbyt dobrze pamiętałam o co w tym wszystkim chodziło. I tak jako laik pełną gębą, jak można się domyśleć książek o Hannibalu również nie czytałam, zasiadłam do oglądania serialu o tym słynnym w popkulturze kanibalu. Moją główną motywacją do obejrzenia Hannibala, był nie kto inny jak Mads Mikkelsen, aktor niezwykle wyrazisty, a zarazem niezwykle oszczędny w formie przekazu, ale o tym później. Z perspektywy czasu dziwię się sobie, że obejrzałam ten serial, bo ja nie lubię się bać, nie lubię oglądać krwawych scen, które potem śnią mi się po nocach (nie jednej nocy, a wielu nocach...). I mimo że w serialach jest coraz więcej śmiałych scen, więcej krwi, więcej szczegółów odnoszących się do samego momentu zabijania/torturowania/sekcji zwłok itd. to dalej niektóre sceny potrafią wywierać na widzu ogromne wrażenie. Chyba nigdy tak do końca nie znieczulę się na widok zwęglonego ciała czy poharatanej twarzy. Można więc wysunąć wniosek, że Hannibal nie jest serialem dla mnie, bo poziom ukazanego tam okrucieństwa jest naprawdę duży i czasami może dla niektórych przekraczać granice dobrego smaku. Co jest dziwne mi ta stylistyka zupełnie nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie, bez niej Hannibal nie byłby tak dobrym serialem jakim jest. Fakt, że był jeden odcinek, który naprawdę mnie przestraszył, ale patrząc na statystykę 1 na 13, to nie jest dużo, zdecydowanie nie na tyle dużo by zrezygnować z oglądania tak dobrego serialu. 



Wydawać by się mogło, że jeżeli wiemy kto jest tym głównym złym, to zabawa z oglądania serialu może gdzieś ulecieć i jedyne na czym się skupimy podczas śledzenia kolejnych wątków, to uzyskanie odpowiedzi na pytanie „Dlaczego ci frajerzy nie zorientowali się jeszcze, że zwierzają się seryjnemu mordercy?”. Pewnie tak by było, gdyby nie świetny scenariusz i gra aktorska. Jest coś niezwykle fascynującego w tym, że my wiemy, a te biedne postaci nie wiedzą. Patrzenie jak Hannibal po raz kolejny nimi manipuluje, zaprzyjaźnia się z nimi i w praktyce bawi się jak lalkami w swoim wielkim domku dla lalek, jest naprawdę mistrzowskie. Szczególnie, że Lecter robi to jedynie z ciekawości, dla rozrywki, dla czystej radości jaką mu sprawia pogrywanie z tymi niczego nieświadomymi ludźmi. I kiedy się tak nad tym dłużej zastanowić, to zobaczenie jak Hannibal ciągle uciera nosa trochę zarozumiałemu Jackowi Crawfordowi, który ciągle zmusza biednego Willa do wchodzenia w umysły zabójców, to zaczynamy powoli kibicować Hannibalowi, seryjnemu mordercy. Wydaje się to być niezwykle niezdrowe – czuć sympatię do seryjnego mordercy, ale wydaje mi się, że tę sympatię czuje się do jego intelektu, sprytu i tego jak dobry jest w tę swoją wyrafinowaną grę, gdzie to on rozstawia pionki i to on pozwala bądź nie, na wykonanie kolejnego ruchu. Poza tym moją sympatię wzmaga fakt, że uwielbiam postaci, które potrafią dobrze gotować, może dlatego, że ja również uwielbiam gotować. Na szczęście korzystam z „legalnych” składników, dostępnych w supermarketach i nie potrzebuję żadnych ostrych narzędzi by je zdobyć (to tak żeby uspokoić wszystkich dookoła ;) ). 

Rozwijając jednak poprzednią myśl, to serial wydaje się być bardziej znośny przede wszystkim z powodu stylistyki. Najprościej rzecz ujmując, jest ładny wizualnie i pomijając drastyczne sceny, cieszy oko począwszy od samej czołówki. Weźmy na przykład samego Hannibala. Zawsze dobrze ubrany w świetnie skrojony garnitur (obowiązkowo w kratę?), no jak można nie ufać takiemu człowiekowi? A jego potrawy, po odłożeniu na bok, z czego zostały wykonane, a raczej z jakiego rodzaju mięsa, to chyba nie ma osoby, która nie skusiłaby się na skosztowanie czegoś co wygląda jak z najznakomitszej francuskiej restauracji. Wszystko na talerzu ma swoje miejsce, jest pięknie podane, do tego drogie wino w błyszczącym z czystości kieliszku i w tle pasująca do okazji operowa muzyka, no i oczywiście nienaganny pod każdym względem uroczy gospodarz. Aż chce się zasiąść do stołu. Druga rzecz to wnętrza. Ciemna sala wykładowa, na której Will wykłada o psychoanalizie seryjnych morderców (osobiście nie mogłabym się na niej skupić, bo myślałabym, że zaraz z wyższych rzędów coś, a raczej ktoś wyjdzie i mnie zje), czy gabinet Hannibala. Dwa eleganckie fotele na środku pomieszczenia i ogrom pustej przestrzeni, biurko na drugim końcu gabinetu, antresola z książkami, czyli wszystko to co nadaje niezwykle sprzeczny nastrój. Z jednej strony pacjent czuje się tam bezpiecznie, a z drugiej ten cały porządek i ciemny wystrój mogą przyprawić o dreszcze. Często zastanawiałam się kiedy ktoś w końcu nie opuści tego gabinetu w jednym kawałku. Z drugiej zaś strony jest dość zaniedbany dom Willa, pełen jego czworonożnych przyjaciół, stojący wydawałoby się pośrodku niczego. A od czasu do czasu przewija się tam gdzieś jeleń. Jeleń, czyli bardzo ważny ktoś, jak się okazuje w dalszej części fabuły, której zdradzać nie będę, bo niezdrowe również jest psuć komuś zabawę spojlerami. Kolejną rzeczą, która trzyma widza przed ekranem, jest nie zamykanie różnych wątków od razu na koniec danego odcinka, a bardzo trafiony pomysł na przystopowanie ich i wrócenie do nich w kolejnych odcinkach. Nie odkrywanie od razu wszystkich kart i zgrabne łączenie ze sobą wydarzeń sprawia, że serial ogląda się z większą uwagą, bo w praktyce każda na początku mało ważna rzecz, jakaś krótka nic nie znacząca w danym momencie scena zapewne stanie się znacząca dla dalszej fabuły. Tak jak to było z jeleniem.


Jednak najciekawszą rzeczą w serialu jest oczywiście relacja między Hannibalem, a Willem. Cały czas mamy wrażenie, że Will wie, ale cóż jak się można domyśleć Hannibal dość dobrze się maskuje i rozdaje karty, stąd Will nie jest do końca wszystkiego świadom, pomimo swoich zdolności empatii i analizowania umysłów seryjnych morderców. Oglądanie tej przedziwnej relacji, kiedy my wiemy, a Will nie, jest niezwykle zabawne i trzeba przyznać, że bardzo wciągające. Cały czas czekamy aż Hannibal jakimś szczegółem się zdradzi i Will przejrzy na oczy i zrozumie, że Lecter nie jest jego przyjacielem. Chociaż cudowni fani serialu twierdzą, że to właśnie Hannibal jest najlepszym przyjacielem Willa, a nie okropny Jack Crawford czy urocza dr Alana Bloom. Właśnie takie trochę prześmiewcze podejście do serialu, który z założenia jest mroczny, krwawy i zdecydowanie poważny, sprawia, że odbiór serialu zmienia się o 180 stopni i to zdecydowanie na plus. Bo bystrzy fani wyłapują, że Will przez większość serialu jest trochę jak taki zagubiony szczeniaczek, którego należy przygarnąć. Któż więc może dokonać tej sztuki lepiej, niż nasz uroczy dr Lecter. Zaś zdecydowanie nie należy lubić Jacka Crawforda, który ciągle znęca się nad Willem i karze mu rozwiązywać zagadki brutalnych morderstw, mimo że widzi iż ma to bardzo zły wpływ na stan psychiczny i fizyczny Willa. Tu należy wspomnieć o grze aktorskiej, która stoi na wysokim poziomie. Mads Mikkelsen wydaje się idealny w roli Hannibala, mimo że tak różny od tego jak Hannibala zagrał Hopkins, to jest równie dobry. Hugh Dancy chyba lubi grać postaci cierpiące na schorzenia psychiczne i wychodzi mu to nad wyraz dobrze (polecam film Adam). Laurence Fishburne jako ten dobry, ale jednocześnie wcale nie taki dobry również się sprawdza. Zresztą cała obsada jest według mnie świetnie dobrana i zgrana. 

Podczas tych trzynastu odcinków pierwszego sezonu Hannibal miał swoje wzloty i upadki (tych drugich zdecydowanie mniej, chociaż momentami mogło, szczególnie na początku trochę wiać nudą). Ja podeszłam do serialu z ogromnym entuzjazmem i się nie zawiodłam. Na pewno spodziewałam się czegoś trochę innego, ale końcowy produkt przerósł moje oczekiwania i bankowo zasiądę do oglądania drugiego sezonu, co niestety nastąpi dopiero za rok... Na szczęście wrócił Teen Wolf więc mam na co czekać co tydzień. 

niedziela, 9 czerwca 2013

Casablanca, czyli Sam pewnie zagra to jeszcze raz

Dawno po obejrzeniu jakiegoś filmu nie byłam w takim stanie, że nie wiedziałam co ze sobą zrobić i chodząc po mieszkaniu nie potrafiłam sobie znaleźć miejsca. Po części spowodowane było to wydarzeniami rozegranymi w filmie, po drugie zaś byłam niezwykle rozżalona i to już wcale nie przez fabułę. Było mi smutno, że film nagrodzony trzema Oscarami, znajdujący się w każdym rankingu typu 'najlepsze filmy wszech czasów' nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jakie oczekiwałam, że zrobi. 

Jak pewnie wszyscy wiedzą, akcja filmu toczy się w pierwszych miesiącach II wojny światowej w Casablance. Rick jest właścicielem kawiarni/restauracji, a także nielegalnego kasyna, o którym wiedzą miejscowe władze, ale nic z tym nie robią, bo jak można się domyśleć czerpią z tego niezły profit, jak i wieczorną rozrywkę. Wydaje się, że mimo wojny w Casablance panuje spokój, nie toczą się tu działania wojenne, za to pełno jest tu zbiegów, przywódców różnych powstań i bojowników o wolność. Dla nich Casablanca jest przystankiem w ucieczce do Ameryki, marzą by znaleźć się na pokładzie samolotu do Lizbony, a stamtąd do upragnionej wolności i ucieczki od Niemieckiej okupacji jest już niedaleko (a przynajmniej tak sugerują twórcy filmu). Jednak aby wsiąść na pokład samolotu, który startuje raz na dzień, trzeba mieć przepustkę. Tak się składa, że niespodziewanym trafem Rick staje się posiadaczem dwóch przepustek, ale mężczyzna nie ma zamiaru ich wykorzystywać. Wszystko jednak ulega zmianie, gdy do jego restauracji wchodzi piękna kobieta w towarzystwie Victora Laszlo, poszukiwanego dowódcy powstańców.

Na początku film wzbudził moją lekką irytację, bo postawiono wiele znaków zapytania, a podano zero odpowiedzi. To całkiem niezły chwyt, bo widz siedzi jak na tureckim kazaniu, z jednej strony znudzony, a z drugiej zaś mimo wszystko ciekawy i spragniony odpowiedzi. Pewnie kiedy ogląda się film po raz drugi, trzeci czy kolejny, to można już nie zwracać na ten cudowny zabieg uwagi, za pierwszym razem zaś, w końcu ma się dość tego czekania, aż scenarzysta raczy w końcu dać widzowi, te już jakże wyczekane odpowiedzi. Jeżeli czekanie na jakieś odpowiedzi odnośnie pobocznych wątków nie jest aż takie męczące, bo i odpowiedzi na te pytania nie są tak od razu pożądane, to jeżeli chodzi o główny wątek, wątek miłosny, to naprawdę w pewnej chwili miałam już dość, Ilsy, która nie tłumaczy dlaczego opuściła Ricka i chyba Rick też ma jej dość, bo również chciałby się dowiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. Mimo tego jakże momentami irytującego sposobu prowadzenia akcji, scenariusz jest ciekawy, mamy trochę twistów i nieoczekiwanych zwrotów akcji, a pod koniec naprawdę można znaleźć się pod urokiem opowiadanej historii miłosnej Ricka i Ilsy.

Humphrey Bogart i Ingrid Bergman.

Jeżeli czytaliście recenzję Sabriny (tu), to wiecie, że po tym filmie nie stałam się fanką Humphreya Bogarta. Casablanca zmieniła mój brak sympatii do aktora w obojętność, albo przynajmniej malutką sympatię, ale to jedynie za sprawą tego, jak napisana (dobrze niech będzie: i zagrana przez Bogarta) była postać Ricka. Rzadko piszę się już takich bohaterów, a jeśli pojawiają się na ekranie, to są oni kolejną, czasami lepszą, a czasami gorszą wersją Ricka, ale najczęściej nie dorastają do pięt swojemu pierwowzorowi. Tajemniczy, gentleman, z pozoru oschły, ale w głębi duszy romantyk, który jest wierny miłości, ale i swoim ideałom czy też przekonaniom. Co najważniejsze kieruje się dobrem innych, a nie tylko swoim. Ciężko jest nie lubić takiego bohatera i mu nie kibicować. Ta rola zdecydowanie bardziej pasuje Bogartowi, niż ta odgrywana w Sabrinie, chociaż gdyby się nad tym zastanowić, to Linus Larrabee pod wieloma względami jest podobny do Ricka. Może też łatwiej jest uwierzyć w miłość między dwójką głównych bohaterów, bo aktorów chyba nie dzieliła aż tak duża różnica wieku. Co się tyczy Ingrid Bergman, to jak dla mnie grała naprawdę dobrze. Można było w niej dojrzeć, to coś, co ujrzał w niej Rick i dlaczego dalej nie może o niej zapomnieć. Mimo to wydaje mi się, że Ilsie brakuje trochę charakteru, a przede wszystkim zdecydowania, bo to nie ona znajduje w sobie siłę by podjąć decyzję o wyjeździe i się jej trzymać, tylko Rick robi to za nią. Ilsa jest bardzo ambiwalentną postacią, bo raz wie czego chce, a za kilka minut zupełnie nie wie co robić i czeka, aż ktoś powie jej w jakim kierunku ma zmierzać. To zdecydowanie nie ułatwia zadania widzowi w jej polubieniu. Ja osobiście miałam momentami ochotę ją udusić i krzyknąć żeby wzięła się w garść, ale to tylko moje odczucia. 



Długo zastanawiałam się co może być tym czynnikiem, który sprawił, że film ten stał się swego rodzaju fenomenem. Twórcy lubią się wzorować na Casablance, lubią wykorzystywać z niej niektóre sceny, czasami nawet je parodiować, albo rzucać do niej nawiązaniami. Modne jest też to, by bohaterka filmu czy serialu znała Casablancę, albo oglądała ją gdy jest jej smutno (i tu powinnam się przyznać, że pierwszy raz usłyszałam o Casablance przy okazji oglądania Magdy M., jednego z moich ulubionych polskich seriali, a w praktyce jednego z trzech, bo więcej ci ich nie masz...). I tak myśląc o tym co wpłynęło na to, że przez ponad 70 lat Casablanca dalej cieszy się uznaniem widzów, wpadłam na dwie rzeczy. Po pierwsze jest to sposób w jaki został napisany główny bohater. Rick szaleńczo zakochany w Ilsie, która nie pojawia się na peronie i nie wyjeżdża z nim, nawet po upływie dość sporej ilości czasu, dalej cierpi. Nie jest to bohater romantyczny, to ten typ mężczyzny, który z pozoru silny i oschły, pod tą skorupą kryje duszę romantyka. Ilsa go mocno zraniła, mimo że mężczyzna nie chce tego przyznać. Kiedy widzi ją ponownie, wszystkie wspomnienia powracają i mężczyzna cierpi katusze widząc ją z innym i zupełnie nie wiedząc, co sprawiło, że wtedy go porzuciła. Ilsa też nie pomaga bo wysyła sprzeczne sygnały i w praktyce nawet kiedy dowiadujemy się całej prawdy nie współczujemy jej, a Rickowi, dla którego jest to kolejny cios. 

Druga zaś rzecz, to według mnie sposób opowiedzenia historii miłosnej, która nie ma happy-endu, bo chyba każdy kojarzy tę scenę na lotnisku: deszcz, on i ona ubrani w trencze i ostateczna decyzja, na którą zdobywa się on. To ten rodzaj melodramatycznego zakończenia, z którym ciężko jest się pogodzić. Bo przecież oni powinni być razem, a stało się inaczej. W naszym teraźniejszym świecie, gdzie wszystko musi mieć swoje „i żyli długo i szczęśliwie”, Casablanca pokazuje, że nie wszystko kończy się tak jakbyśmy tego chcieli, czy oczekiwali. Nie spełnia już utartego schematu, że skoro w rzeczywistości ludzie nie zawsze mogą być razem, to w fikcyjnym świecie pozwólmy się im cieszyć szczęściem innych. Może to jest właśnie to, co czyni Casablancę tak dobrym filmem.

Czyli jeden z bardziej znanych cytatów z filmu w odniesieniu do współczesności.

Pewnie jeszcze nie jeden raz sięgnę po Casablancę, by może za którymś razem w końcu dostrzec to, co zobaczyły w niej te wszystkie pokolenia widzów (przynajmniej trzy, cztery?). Bo na razie Casablanca pozostaje dla mnie filmem dobrym, a nawet bardzo dobrym, ale nie fenomenem. Może oglądając film przegapiłam coś, albo nie do końca coś zrozumiałam, akurat „to coś”, co sprawiłoby, że dołączyłabym do grona jego miłośników. 


niedziela, 2 czerwca 2013

The best moments in the Avengers, czyli spóźniony post z okazji Dnia Dziecka

Ostatnio rozpoczęłam powtórkę z filmów Marvela, które doprowadziły do nakręcenia The Avengers. W tym miejscu wypadałoby uściślić, że w końcu po raz pierwszy obejrzałam Captain America, którego jakoś omijałam szerokim łukiem. Fakt, że wnosi on trochę do opowiadanej w The Avengers historii i stawia kapitana w trochę innym świetle, ale chyba bardziej na minus niż na plus, ale o tym w innym poście (który mam nadzieję niedługo powstanie). Ale przechodząc do sedna, chciałam napisać, że oglądając The Avengers akurat w Dzień Dziecka zdałam sobie sprawę jak dużo radości i takiego fanowskiego entuzjazmu może przynieść oglądanie takich filmów, a szczególnie tego, nawet osobom takim jak ja, które nigdy komiksu w ręce nie trzymały (chyba, że liczą się te o Kaczorze Donaldzie i Myszce Miki). Z tego i tudzież innych powodów, chciałam stworzyć listę moich ulubionych scen z The Avengers. Wiem, że w sieci można znaleźć setki takich zestawień, które się mocno ze sobą pokrywają, ale w końcu blog jest po to, żeby spełniać swoje zachcianki, więc miłego czytania.

Konfrontacja Tony'ego z Lokim, kiedy to Tony orientuje się, że Loki wykorzystał jego wieżę do swoich celów. Panowie sobie grożą i padają znamienne zdania:
  • I have an army.
  • We have a Hulk.

Tony Stark vs Captain America, czyli znamienne pytanie Kapitana do Tony'ego 'Kim jesteś bez kostiumu?' (zresztą Kapitan ma jakiś problem z tymi kostiumami). Tony, oczywiście jak to na Tony'ego Starka przystało odpowiada, ale najlepsza i tak w całym zamieszaniu jest reakcja Czarnej Wdowy na te słowa, która trochę kradnie na koniec obu Panom tę scenę.

Thor broni Lokiego, czyli naiwny Thor jeszcze się niczego nie nauczył. Kiedy Banner mówi źle o Lokim, Thor staje w jego obronie, jednak kiedy Czarna Wdowa wysuwa mocny argument za tym, że Loki normalny nie jest (ale i tak wszyscy fani go kochają ;) ) Thorowi pozostaje jedynie stwierdzić, że cóż w końcu Loki został adoptowany.



Wielki upadek Hulka. Niezmiennie bawi mnie ta scena, kiedy stróż magazynów (?) pyta się Bannera czy jest kosmitą, a ten zakłopotany odpowiada, że nie. Poważna mina stróża i odpowiedź 'Synu to powinieneś się leczyć' bije wszystko na głowę.

Thor vs Stark, a w tle zaciekawiony Loki wylegujący się na skale. Dialog Starka z Thorem o Szekspirze, to jeden z lepszych i jednocześnie głupszych dialogów w całym filmie, za to jaki trafny do sytuacji w tylu jej aspektach.



Coulson i broń, a raczej to jak dowiaduje się jak ona działa. Scena jest z jednej strony smutna, a z drugiej ten komiczny akcent rozładowuje trochę napięcie, szczególnie, że w kontynuacji tej sceny jest tyle patosu, oczywiście potrzebnego w fabule, ale mimo wszystko dalej robi się ona tak strasznie podniosła (na szczęście oszczędzono widzom długiej mowy).

Hulk vs Loki oraz Hulk vs Thor, czyli to co Hulk potrafi najlepiej – 'smash!'. Scena kiedy Thor i Hulk walczą ramię w ramię, ale widać, że Hulk ma niedosyt w rozwalaniu, więc Thor, że stał najbliżej obrywa, jest cudowna w swojej prostocie i nieprzewidywalności, bo ja się nie spodziewałam, że Thor również padnie ofiarą Hulka. Z kolei Hulk rozwalający podłogę przy użyciu Lokiego, to moja ulubiona scena. Loki jęczący z bólu i zaskoczenia w dziurze w podłodze jest komiczny, szczególnie jeżeli się obejrzy bloopers i zobaczy ile razy biedny Tom musiał powstrzymywać się od śmiechu, żeby dokończyć scenę.



Banner + skuter = impreza, czyli jak się modnie spóźnić na imprezę i zaliczyć wielkie wejście. Mark Ruffalo jest świetny w tej scenie, chociaż lubię też jej alternatywę z bloopers'ów.

Hulk jako budzik, czyli tylko Hulk coś zrobił żeby obudzić Iron Mana, bo Thor i Kapitan stoją i czekają na zaproszenie. Jeżeli jednak o zaproszenie chodzi, to radość Tony'ego z wygranej i zaproszenie wszystkich na shoarmę jest wręcz urocze i takie bardzo w jego stylu.



A na koniec, żeby była pełna dziesiątka:

Budapeszt, a dokładniej co się wydarzyło w Budapeszcie? Może kiedyś się dowiemy... A tak na serio, to ilekroć widzę tę scenę, to nie mogę powstrzymać głupiego uśmiechu na twarzy, no ale jakby nie było też jestem ciekawa co tam się stało, szczególnie że zeznania Czarnej Wdowy i Hawkeye trochę się różnią...




Na tym kończę. Mam nadzieję, że czytając ten post chociaż jedna osoba się uśmiechnęła, a reszta nie pomyślała, że coś jest ze mną nie tak...